Na skraju czasu

Ceny ropy poszły w ostatnim czasie mocno w dół, więc i paliwo jest tańsze. Dla kogoś szukającego okazji na wakacyjny wypad może już nie będzie lepszej okazji na zakup biletów lotniczych tak tanio – nawet w najbardziej odległe miejsca na świecie. Na liście zdarzeń z fejsbuka co chwilę otrzymuję powiadomienia od „Wakacyjnych Piratów”, że Malediwy z przelotem, hotelem i transferem już za 2200zł za 11 dni lub 2 tygodnie na Dominikanie za około 3000zł.

Tylko, że my nasz ‚skraj czasu’ znaleźliśmy znacznie bliżej i o wiele taniej, choć za czterodniowy pobyt w miejscowości Sołtysy położonej między Wieluniem a Praszką zapłaciłbym każdą cenę. „Na skraju czasu” to agroturystyczne gospodarstwo z wyjątkowo niepowtarzalnym klimatem.

Co czyni to miejsce tak specjalnym? Gospodarze i włożony w to miejsce trud, wylany pot, smak i gust z jakim urządzili całe gospodarstwo. Przede wszystkim jednak gościnność i indywidualne traktowanie każdego przyjezdnego. Nic tutaj nie jest masowe. Każda wykonana ozdoba, przedmiot wydają się opowiadać osobną historię, a każdy gość jest traktowany z imienia i należytym szacunkiem. Przykładem może być przygotowanie wegańskich pralinek w Tłusty Czwartek specjalnie dla Anki. Jako mąż na to bym nie wpadł…

Ania i Grzesiek to para, która zrealizowała marzenie o domku na wsi. Pod koniec 2013 roku kupili pod lasem całkowicie na uboczu, posiadłość ze starą leśniczówką, która przeżyła kilku właścicieli. Na ogrodzonym terenie, aczkolwiek z wiecznie otwartą bramą witającą gości, stoi jeszcze stara stodoła i budynek gospodarczy. Wspominam o nich, gdyż w tej niewielkiej stodole znajduje się sala kinowa z luksusowymi siedziskami zrobionymi ze słomy i dużej ilości miękkich kocy. Nie mieliśmy okazji obejrzeć żadnego seansu, ale oczami wyobraźni widzę i czuję ten klimat – projektor, film, zapach siana, prześwitujące promienie lampy projektora na zewnątrz przez szpary desek. Piękne wewnątrz i mocno intrygujące z zewnątrz, szczególnie nocną porą.

Nad wszystkim króluje 250-letni dąb Dzidek – ogromny, rozłożysty, świadek wielu wydarzeń, skrywający wiele tajemnic i znający położenie wielu zakopanych skarbów. Zimową porą sprawia wrażenie drzemiącego, groźnego i bez emocji. Nic bardziej mylnego. Dzidek zawsze cicho szeleści, nawet gdy nie ma liści. To z radości gdy ktoś do niego podejdzie i pohuśta się na jednej z dwóch zamocowanych na nim huśtawek.

Na posesji znajduje się kilka punktów z atrakcjami do miłego spędzania czasu – palenisko czekające na gości, którzy zdecydują się rozpalić ognisko i wieczorową porą usiądą dookoła by usmażyć kiełbaski, opiec chlec lub uwędzić kostkę tofu. Jest leżak, który czeka wśród brzoskwiniowych drzewek zachęcając strudzonych gości do relaksu, poczytania książki i przegryzienia soczystych owoców. Zimową porą można spróbować smaków lata prosząc Anię o jeden z jej brzoskwiniowych przetworów. Za stodołą, tuż przy bramie wjazdowej znajduje się tarcza do gry w darta, wykonana ze starych, lekko spróchniałych drzwi, które przyjmują w siebie każde ostrze, nawet lekko rzuconej rzutki. Dla najmłodszych znajduje się też piaskownica, bujany koń i renifero-łoś. Stefka nazwała go Sven. Dla aktywnych ruchowo polecam rakietki do badmintona, lub przebieżkę leśnymi duktami – nawet zimą.

Od strony lasu stoi wyróżniająca się, oszalunkowana jasno brązowym drewnem konstrukcja – to dom, leśniczówka. Dom sprawia wrażenie postawionego całkiem niedawno i pewnie byłoby w tym sporo racji, gdyby nie fakt, że podłogi w pokojach, niektóre okna, belki wspierające dach, schody na piętro, część ścian zostało wzniesionych jeszcze przez któregoś z poprzednich właścicieli.


Trudno określić jego styl. Wszystko jest urządzone z myślą, aby przywoływać wspomnienie minionych dziesięcioleci – łóżka z metalowymi ramami, oryginalne drewniane podłogi odpowiednio nawoskowane i zakonserwowane, oszalunkowane ściany w salonie, imitacje broni na ścianach, kominek na drewno, stare meble, radioodbiorniki stylizowane na wiekowe i wiele innych detali. Są jednak też elementy nowoczesności i tego co przyniósł nam XX i XXI wiek – podgrzewane podłogi w łazienkach oraz kuchni (luksus dla raczkujących dzieciaków!), plazmowy telewizor wiszący na ścianie w salonie, płyta indukcyjna i Thermomix w kuchni czy mega energooszczędna pompa ciepła. Połączony jest też styl minimalizmu i surowości z ogromem detali wszędzie rzucających się w oczy. Na przykład w pokojach nie ma szaf, ale są stelaże z wieszakami, w jednej z łazienek są gołe rury na ścianie doprowadzające ciepłą i zimną wodę do umywalki i prysznica. Wygląda to trochę industrialne. W sieni prowadzącej do pokoju nie ma kredensu, wiszących w kuchni szafek, w których zwykli ludzie przetrzymują zastawę stołową i kuchenne przedmioty. Tutaj wszystko jest na wierzchu – kubki, szklanki, talerze i miski stoją na prostych, drewnianych regałach wykorzystywanych bardziej do przetrzymywania narzędzi w piwnicy niż wykorzystywanych na kuchenne przedmioty. Takie rozwiązanie może przytłaczać, ale nie mnie. Jako człowiek zorganizowany, uporządkowany, zwolennik czystego blatu wcale nie miałem wrażenia, że panował tam chaos lub nieporządek. Wszystko to powoduje, że słyszymy jak ściany i przedmioty mówią „Witajcie drodzy goście, jesteśmy do waszej dyspozycji. Czujcie się jak u siebie, my nie mamy tutaj żadnych tajemnic przed wami”. Ale tajemnice jednak są – tak przynajmniej ja się czułem, bo wyobraźnia pracowała. Te wszystkie drobne przedmioty, ozdoby sprawiały że zadawałem sobie pytanie „A ty co mi powiesz?”. Pomijając tak oczywiste skrywające tajemnice przedmioty jak czarno-białe fotografie ludzi z niespokojnym spojrzeniem, ogrom cicho cykających zegarków-budzików czy starą wagę, w domu można na przykład odnaleźć małego żółtego króliczka stojącego przy ścianie ukrytego pod jednym z mebli. Co on tam robił? Myślał, że go nie znajdę? Takich ukrytych mieszkańców jest pewnie więcej. Odpowiedzi znajdziecie u gospodarzy lub w swojej wyobraźni. Sugeruję tą drugą opcję – sprawi, że będziecie chcieli wrócić do tego miejsca i znaleźć sami odpowiedzi. Co oczywiście nie okaże się łatwe, bo Ania i Grzesiek zmieniają wystrój domu średnio kilka razy w roku 😉

W domu jest do dyspozycji kilka pokoi. Na parterze znajduje się salon z kominkiem, z którego wchodzi się dalej do dwóch sypialni. Każda z sypialni ma osobną łazienkę i wyjście na taras. Na parterze znajduje się także spora kuchnia z osobnym wyjściem przed dom i osobnym wejściem do malutkiej ‚oranżerii’, gdzie znajduje się sofa z pledem i poduchami, wygodne krzesełka i stolik. Oranżeria jest cała „przeszklona” elastycznymi, plastikowymi szybami, które nie grożą rozbiciem w przypadku dzikich zabaw najmłodszych gości. Grzesiek, gospodarz, niczym kot przesiadywał w oranżerii blisko grzejnika w zimowe poranki i czytał gazety popijając poranną kawę. Takie miejsce relaksu z widokiem na podwórko. Na górze natomiast znajduje się mały przedpokoik ze skosami, gdzie Pani domu trzyma swoje handmejdowe wyroby, a dzieci mają możliwość zabawy z pluszanymi sowami. Jest też jeden pokój dla gości połączony z łazienką oraz osobną toaletą. Po drugiej stronie poddasza znajduje się centrum dowodzenia Ani i Grześka – sypialnia, warsztat do pracy i pewnie też miejsce odpoczynku. Tak – warsztat. Zapomniałem wspomnieć, że gospodarze mają wolne zawody i pracują w domu.

Cztery dni na skraju czasu sprawiły, że czuję się bardzo pozytywnie naładowany i zwyczajnie szczęśliwy. Spacery po lesie, miłe towarzystwo, wieczorne pogawędki lub gry przy kominku. Czy można chcieć czegoś więcej w zwykły, lutowy weekend? Mi wystarczyło, a widzę że i dzieciaki niechętnie wracały domu. Dziękuję i mam nadzieję do zobaczenia!

Album ze zdjęciami z pobytu w „Na skraju czasu”.

One thought on “Na skraju czasu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *