http://www.londonpedicabs.com

Londyńskie wspomnienia 3

Wątek „Praca”.

  1. Kurier. To pierwsza praca, która zapoczątkowała reakcję łańcuchową. Gdyby nie pierwsza praca to podejrzewam, że do końca studiów mógłbym dorabiać w sklepie jako ekspedient lub pracując w restauracji na pół etatu. Nie ujmuję oczywiście tym zawodom ani jakimkolwiek innym.  Prawda jest jednak taka, że dzięki pierwszej fusze i następnym, które zaraz opiszę, miałem porównywalne zarobki do pełnoetatowej pracy otrzymując w zamian minimalną krajową poświęcając niekiedy tylko połowę czasu, która byłaby potrzebna w innym zawodzie. Pracę kuriera załatwił mi Alex. Instrukcje były proste. Jest kilka drukarni w okolicach Fleet Street, do których trzeba dojechać rowerem z bazy rowerowej przy Waterloo Station, zabrać wydruki suplementu do dziennika Financial Times i rozwieźć je do punktów dystrybucyjnych w dzielnicy Bank. Punktami dystrybucyjnymi były kluczowe miejsca na najbardziej ruchliwych ulicach dzielnicy biznesu, na których pracownicy odziani w firmowe polary z charakterystycznym pomarańczowym logo FT miały rozdawać przechodniom dodatek do gazety. Od nikogo praca nie wymagała specjalnych umiejętności poza zaangażowaniem i zdolnością wciskania gazety ludziom biznesu. Sprawa była prostsza, bo nie były to byle ulotki których unikamy jak ognia, a telegraficzny skrót ważnych biznesowych informacji, które nie zmieściły się w druku dziennika FT lub pojawiły zbyt późno by pojawić się w głównym nakładzie. Na początku moja praca ograniczała się do zabezpieczenia potrzeb poszczególnych osób w odpowiednią ilość wydruków, ale później pasowano mnie na kogoś w rodzaju koordynatora zmiany. Po odbiorze paczek, dostarczeniu ich na miejsce musiałem kolejno monitorować czy komuś czegoś nie brakuje i czy pracownicy, spośród których wielu było bez jakiejkolwiek znajomości angielskiego, dostatecznie się angażują. Plusem z pewnością  były godziny pracy i kondycja, którą sobie wyrobiłem. Praca zaczynała się około 15.30, a kończyła nie później niż 18.00. Dzięki temu byłem w stanie spokojnie pójść na uczelnię, ogarnąć po zajęciach i w końcu wsiąść na New Malden do pociągu linii South West Trains, który zabierał mnie bezpośrednio na Waterloo Station. Szczęśliwie cała podróż nie zabierała więcej niż 30min. W okresie letnio-jesiennym po zakończeniu zmiany mogłem śmiało wyruszyć do mojej drugiej pracy. Pracowałem jako kurier przez okres około 3-4 miesięcy do czasu zakończenia kontraktu z FT. Później były już tylko jednorazowe zlecenia lub krótsze akcje w okresie późno wakacyjnym.
  2. Rickshaw rider. W literalnym tłumaczeniu: kierowca rikszy. Pracę zacząłem mniej więcej równolegle z pracą kuriera. Bazą do zostania rikszarzem była umiejętność czytania mapy Londynu, podstawowa znajomość języka angielskiego i umiejętność negocjacji. Firma, która zatrudniała mnie jako kuriera dysponowała flotą kilkunastu riksz. Alex wdrożył mnie w tajniki zawodu, zasad wynajmu roweru i etyki pracy. Sprawa wyglądała następująco: mogłem wynająć rower na jeden wieczór za bodajże 20 funtów. Kompletnie się to nie opłacało. Była też opcja tygodniowa lub miesięczna. Wiadomo – im okres dłuższy tym taniej dla rikszarza. Na początku płaciłem za tygodniowy wynajem około 50-60 funtów. Spory wydatek zważywszy, że nigdy nie ma gwarancji zarobku, a koszty były porównywalne do kosztów czynszu za wynajem pokoju! Biznes jednak się opłacał, czasami nawet bardzo. W Londynie po roku 2004 powstało kilka firm, o podobnym profilu. Należało mieć trochę kapitału na zakup kilku rowerów (który szybko się zwracał), bazę rowerową (większość z nich była zlokalizowana w dużych hangarach pod torami kolejowymi pomiędzy Waterloo Station a Southwark), i kogoś kto zna się na naprawianiu rowerów. Prosty biznesplan, proste zasady działania, ale jednak wszystkiemu towarzyszyło pewne ryzyko. Rowerów z roku na rok przybywało w tempie geometrycznym. Ciągle chodziły słuchy o prawnym uregulowaniu biznesu rikszowego, które miały się wiązać z obowiązkiem posiadania prawa jazdy, ukończenia specjalnych kursów, rejestracja działalności jednoosobowej itp. Co ciekawe podobno do chwili obecnej nic w tym temacie się nie ruszyło. Często zdarzały się łapanki policji na rikszarzy, którzy łamali prawo lub byli niewygodni dla legalnego biznesu blackcabów. Rikszarzowi zabierany był rower, który następnie należało wykupić za paręset funtów. Oczywiście odpowiedzialność za to brał właściciel firmy rowerowej, bo w przypadku takiej wpadki trudno był wyegzekwować od użytkownika taką kwotę, której zwyczajnie nie posiadał. Tym bardziej, że biznes kwalifikował się jako szara strefa. Gotówka prosto do ręki, nikt nie odprowadza podatków na składkę zdrowotną, nie rozlicza się z urzędem skarbowym, więc i prawne ściganie należności nie wchodziłoby w grę. Zatrudnienie w pierwszych latach głównie znajdowali Polacy i Kolumbijczycy. Stopniowo z biegiem czasu Polacy zaczęli robić miejsce Rumunom, Węgrom, Rosjanom ale także i emigrantom z Azji. Chociaż na rowerach można było spotkać przybyszów wszelkiej maści.
    W firmie dla której pracowałem, były dostępne dwa rodzaje rowerów. Droższe i niezawodne Maksimusy oraz tańsze, oblegane i ciągle się psujące Mydelniczki. Z racji wyrobionych znajomości mogłem korzystać z Maksimusa w cenie Mydelniczki. Taki ukłon za trud pracy włożony w akcję dystrybucji FT. Oczywiście wszystko co piękne szybko się kończy, więc jak tylko do naszej bazy przybyła nowa flota świeżutkich rowerów pod polską banderą, czynsz lekko wzrósł i był dla każdego taki sam niezależnie od znajomości. Płaciliśmy za jakość. Nowe rowery, ze sporym bagażnikiem na prywatne rzeczy, z wbudowanym systemem głośników do których wystarczyło wpiąć empetrójkę, z miękkim siedziskiem dla pasażerów, zadaszeniem 360 stopni… polska jakość. Rowery okazały się jednak dość awaryjne w początkowej fazie testów i trochę potrwało zanim wyeliminowano ja całkowicie.
    Na rikszy spędzało się głównie późne popołudnia, wieczory i noce. W okresie letnio-jesiennym gdy turystów było więcej mogłem spędzić na rowerze kilka dni w tygodniu. Jeżeli decydowałem się na pracę w poniedziałek, wtorek, środę lub czwartek to robiłem to po pracy kuriera i pedałowałem mniej więcej do 22.00 tak aby zdążyć na ostatni pociąg do domu. Z kolei piątków i sobót nigdy nie należało odpuszczać. To był czas dla osób z grubym portfelem, którzy po ciężkim i stresującym tygodniu pracy przyjeżdżali do centrum poimprezować. Często kończyli swój clubbing wcześnie rano następnego dnia, będąc w stanie mocno wskazującym i równocześnie będąc przy okazji bardzo hojnym. Na korzyść rikszarzy przemawiały zamknięte metro w godzinach nocnych, rzadsze kursy linii autobusowych, a i o taksówkę było znacznie trudniej przy takiej masie ludzi. Zatem pracę w piątek zaczynałem tak wcześnie jak to było możliwe, bo już o 16.00 lub 17.00. Musiałem być w centrum na tyle wcześnie, aby zdążyć dowieźć ludzi ze stacji metra na rozpoczynające się sztuki teatralne. A teatrów na West Endzie było sporo. Później było dowożenie i przewożenie ludzi między barami, a około 21.00-22.00 odbieranie ludzi spod teatrów i rozwożenie do hoteli/restauracji czy na stacje metra. Z biegiem czasu było już tylko ciekawiej. Strip cluby, imprezy i w końcu domy. Nockę różnie kończyłem. Czasem o 3.00, innym razem o 4.00 a nawet i 5.00 rano. Nie było sensu zjeżdżać wcześniej do bazy bo i tak pierwszy pociąg było dopiero przed szóstą. W domu szybki prysznic, spanie do 15.00 i sobotę zaczynamy w ten sam sposób co piątek. W niedzielę rzadko kto pracował, należało zregenerować siły po piątkowej i sobotniej nocy.
    Jak to wszystko wyglądało na ulicy? Doświadczeń rikszarskich przez te 3 lata miałem tyle, że nie wiem jak je w głowie uporządkować. Na pewno więcej było tych przyjemniejszych. Zdarzały się oczywiście sytuacje, w których ktoś uciekł z roweru nie płacąc, że ktoś kogoś okradł w dość wyrafinowany sposób, że padały niemoralne propozycje ze strony pasażera… Chyba o wszystkim decydowała kultura rikszarza, zachowanie zimnej krwi i zdrowy rozsądek. Po jakimś czasie każdy doświadczony rikszarz jest w stanie wyłowić w tłumie osoby, które będą klientem chętnym do zapłaty, nie grymaszącym, nie robiącym problemów. Sztuka czytania tego jak ktoś się ubiera, w jakiej dzielnicy się kręci, jaką ma mimikę były bardzo ważnymi elementami wymagającymi obserwacji, żeby uniknąć ewentualnych problemów. Nocne życie rikszarza na ulicy było przyspieszonym kursem z psychologii.
    Praca idealna dla studenta, choć studentów było niewielu. Pracując przez 3-4 dni w tygodni byłem w stanie zarobić na czysto około 250-300 funtów. Czasami mniej, czasami więcej. Wystarczająco, żeby się specjalnie nie spinać. Mam znajomego, który w tym okresie, na podobnym trasach był w stanie zarobić nawet 500 i więcej funtów tygodniowo. Cóż, z urokiem osobistym się nie dyskutuje ;). Gdyby ktoś zapytał mnie o kilka rad dla początkującego rikszarza to mam swój dekalog. Po pierwsze, trzymaj się wyznaczonego przez rynek minimum za kurs. Kiedyś było to 5 funtów startowego od osoby lub w przypadku trasy pomiędzy Covent Garden a Leicester Square kwota ta mogła być pobrana za całą rikszę. Po drugie, poluj na klientów chętnych odwiedzić strip club. Poza pieniędzmi  otrzymanymi za kurs otrzymasz jeszcze bonus od bramkarza klubu. Czasem będzie to 10, 15 lub i 20 funtów od dostarczonego klienta. Za taki kurs można było wyciągnąć nawet i 80 funtów, niekoniecznie daleki i wymagający. Po trzecie, zapoznaj się i naucz mapy centrum Londynu. Znajomość nazw ulic, teatrów, klubów i pubów, a do tego wiedza o godzinach otwarcia jest bardzo ważna. Często klient pyta o wciąż otwarty klub lub zaciszny pub. Jeżeli wiesz, o której kończą się przedstawienia w teatrach to jest wysokie prawdopodobieństwo tego, że po ukończonym kursie spod jednego teatru wciąż zdążysz na zakończenie sztuki w innym teatrze i złapiesz kolejnych klientów. Po czwarte to rozmawiaj z klientami. Można dostać całkiem niezły napiwek gdy powiemy kilka słów o historii Londynu czy opowiemy coś śmiesznego. Po piąte, bądź pewny tego ile żądasz. Jeżeli kurs jest z Leicester Square na Liverpool Street nie bój się powiedzieć, że pojedziesz za 15/20 funtów od osoby. Trasa nie jest najgorsza, ale taniej nie radzę tego robić. Po szóste – lepiej uzgodnij swoje wynagrodzenie przed jazdą. Oczekiwania, że klient zrozumie, że 10 funtów za kurs to odpowiednia kwota i tak to wygląda na rynku rikszarskim może cię mocno rozczarować. Albo da ci piątkę i pozostanie ci się cieszyć tym co dostałeś, albo nic ci nie da. Bywa. Ustalenie ceny przed kursem ma też ten plus, że przy ciężkich podwózkach (np. pod górkę) i ekstremalnym wysiłku klient może nie tylko zdać sobie sprawę, że ustalona cena jest fair ale także dorzucić ci parę funtów napiwku. Po siódme – zagaduj. Nie licz, że siedząc na rowerze i jarając szluga za szlugą podejdzie klient i poprosi o podwiezienie. Zdarzają się takie sytuacje, ale na pewno nie zarobisz koksów tą metodą. Czasami trzeba zachować się jak na jarmarku i w tuzinie innych kierowców krzyknąć coś zachęcającego, pomysłowego czy ciekawego. U mnie działały soundtracki z Monty Pythona lecąca w głębi przytulnej rikszy. Po ósme to woź ze sobą koc. Koc działa magicznie na klientów. Londyńska pogoda jest kapryśna i ludzie lubią się okryć czymś ciepłym podczas jazdy. Szczególnie gdy mkniesz w dół Haymarket Street, z trzema skąpo ubranymi dziewczynami. Po dziewiąte – na litość boską, naucz się chociaż trochę angielskiego. Po dziesiąte i ostatnie – pomimo, że przejazdy na czerwonym są kuszące bo szybciej będziesz na miejscu, stanie rowerem na podwójnej żółtej pozwalające być czasem bliżej klienta, to przestrzegaj przepisów drogowych. Biznes upadnie gdy decyzją władz wjazd tego typu rowerów do centrum zostanie zablokowany. A stanie się to w końcu jeśli rikszarze nagminnie będą łamać obowiązujące zasady ruchu drogowego.
    Rikszę miło wspominam, ale kojarzący mi się z tym okresem ogromny wysiłek fizyczny, nieprzespane noce, często przemoczone podczas deszczu cichy powodują, że wolałbym być jednak w roli turysty który świadomie doświadczy takich atrakcji. Nie chciałbym ponownie uzależniać swojego bytu od takiej pracy, w której dodatkowo niepewność i niestabilność zarobków jest spora. Nie, gdy mam rodzinę na utrzymaniu, a wiem, że niejeden rikszarz miał i wysyłał zarobione pieniądze do domu.
  3. Tour Director. To dalsza część układanki. Na rikszy przychodziły wzloty i upadki. Nie zawsze chciało się iść do pracy, szczególnie gdy pogoda była niesprzyjająca. Poza tym zawsze wewnętrznie czułem, że praca ta nie rozwija mnie wystarczająco, żeby z marszu dostać ciekawą pracę po studiach. Raczej nigdy bym się nie pochwalił wpisem w CV, informującym potencjalnego pracodawcę, że podczas studiów pracowałem jako kierowca rikszy. Zacząłem szukać czegoś w internecie. Znalazłem ofertę pracy w roli osoby wspierającej dyrektora wycieczki. Amerykańska firma z biurem w Polsce odpowiadającym za operacyjną część działań w Europie, szukała osób, które mogły by pomagać dyrektorom wycieczek podczas wizyt grup studenckich przylatujących zza Atlantyku do Zjednoczonego Królestwa. Pierwsze spotkanie z rekruterem wypadło na tyle pozytywnie, że po spotkaniu zaproponowano mi rolę Dyrektora wycieczek. Podczas przeprowadzonej symulacji obowiązków asystenta dyrektora wykazałem się ponadprzeciętną znajomością topografii Londynu, nazw ulic, atrakcji turystycznych, anegdot i ciekawostek historycznych. Coś co powinien znać każdy dyrektor wycieczki, niekoniecznie jego asystent. Nie miałbym takiej wiedzy gdyby nie praca na rikszy. Dlatego wierzę, że zawsze nie robimy niczego na darmo. Każdy nasz wysiłek, zdobyta wiedza w końcu się przyda. Dyrektorem byłem ponad rok, odpowiadałem za koordynowanie pobytów kilku grup studenckich z USA i Kanady. Po dziś dzień z wieloma z nich mam dobry kontakt na FB. Spośród wszystkich prac ta chyba była najciekawsza i najfajniejsza. Nie obyło się bez sytuacji stresujących, ale jakoś zawsze dawałem radę. Nie wróciłbym jednak do tego co było. Nie w takiej formie, gdyż praca ta nie dawała przewidywalnego terminarza zajęć. Owszem, dowiadywałem się z odpowiednim wyprzedzeniem o potrzebie koordynacji wycieczki, ale nie na tyle szybko by planować życie na wiele miesięcy do przodu. Myślę, że mógłbym zajmować się dyrektorowaniem wycieczek przy okazji jakiejś innej działalności dającej bardziej stabilny dochód.

To były trzy główne prace, które myślę, że w jakiś sposób ukształtowały mnie jako człowieka. Na pewno przyczyniły się do zawarcia wielu znajomości i pozwoliły przetrwać w nietanim Londynie. Oczywiście gdy były cięższe momenty musiałem prosić najbliższych o finansową pomoc, choć pewnie nie w takim stopniu jak znaczna część, finansowo zależnych od rodziców studentów studiujących w trybie dziennym. Miałem też epizod, już pod sam koniec studiów, jako pracownik kantyny w biurze Unilevera, ale to bardziej z chęci wymigania się od rikszy, którą byłem wtedy już mocno zmęczony. Życie chciało tak, abym nie dostał się do Microsoftu, w którym byłem na rozmowie tuż po ukończeniu studiów i abym wrócił do Polski. Wrócił i poznał Ankę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *