capital-2653_1280

Londyńskie wspomnienia 2

O swoim pobycie w Londynie w latach 2005-2008 wspomniałem już w poście ‚Świat się skurczył’. Nie sposób jednak ogarnąć trzech lat życia na obczyźnie w jednym poście, pomimo że wiele wspomnień jest już dobrze zarchiwizowana głęboko w zwojach mózgowych i teoretycznie nie wiele zostało do napisania. Zastanawiam się tylko nad formą, w którą mógłbym ubrać wspomnienia, które jeszcze zostały. Nie prowadziłem pamiętnika, zdjęcia z tego okresu są na jakiejś płycie CD, która nawet nie wiem gdzie jest, więc chronologiczne odtworzenie życia może być problematyczne. Postanowiłem zatem, że opowieść będzie prowadzona wątkowo – jak w brytyjskiej komedii Richarda Curtisa z 2003 roku „To właśnie miłość”. Podejrzewam jednocześnie, że elementów komedii które faktycznie śmieszą będzie tutaj mniej więcej tyle samo co w tej produkcji. Ci co oglądali wiedzą co mam na myśli.

Wątek 1 „Mieszkanie”. Ten wątek wymaga trochę więcej miejsca niż to ile mu poświęciłem w poprzednim poście.

  • Okres na Upminster. Upminster to 6 strefa wg podziału administracyjnego londyńskiego metra. Wprawdzie do centrum miasta jest kawałek, ale takie strefy cieszą się wielkim powodzeniem wśród rdzennej społeczności. Brytyjczycy mają tutaj dużo zieleni, spokój, a sąsiedzi  żyją w większej zażyłości niż mieszkańcy centrum, gdzie lokatorzy zmieniają się kilka razy w sezonie. Upminster był dla mnie jednym ratunkiem gdy przyjechałem do Londynu w 2005 roku. Dzięki gościnności Richarda, którego poznałem rok wcześniej miałem do dyspozycji malutki pokoik do czasu gdy nie stanę na własne nogi. Nie żądał pieniędzy za wynajem co jest rzadkością w mieście, gdzie każdy metr kwadratowy jest na wagę złota. Mieszkanie z rodowitym Brytyjczykiem dawało możliwość codziennej rozmowy z native speakerem. Richard również niejednokrotnie poświęcał swój czas na czytanie moich wypocin z angielskiego, które musiałem prezentować na zajęciach kursu przygotowawczego na Kingston University. Plusem i minusem był długi czas podróży na Kingston, który znajdował się również w 6 strefie, ale zachodniego Londynu. Plusem, bo miałem bardzo dużo czasu na studiowanie słownika i naukę angielskiego, a minusem wczesne wstawanie i późne powroty do domu. U Richarda mieszkałem kilka tygodni, bo dość szybko znalazłem pracę i mieszkanie bliżej uczelni. Te kilka tygodni, mimo że z perspektywy lat wydają się krótkim epizodem, były dla mnie bardzo ważne, bo były przystanią z której musiałem dopiero wypłynąć na szerokie wody…
  • Czas na New Malden. Na New Malden przeprowadziłem się jeszcze w trakcie trwania kursu przygotowawczego. Był to ważny krok, bo był pewnego rodzaju transakcją wiązaną. Wiązał się z koniecznością podjęcia pracy. Na kursie poznałem Aleksa (któremu poświęcę osobny wątek), dzięki któremu znalazłem swoje pierwsze zatrudnienie. Aleks był menadżerem w firmie dysponującą flotą rikszy i rowerów kurierskich. Zaproponował mi wakat kierowcy, który w okresie wakacji miałby odbierać gazety z drukarni i dowozić je rowerem do punktów dystrybucyjnych w dzielnicy Bank. Pieniądze były wystarczające, aby pokryć koszty najmu mieszkania. Poza tym zdecydowaliśmy, że wynajmiemy razem jeden pokój co jeszcze bardziej pozwoli nam obniżyć koszty życia. Pokój wynajęliśmy u Polaków, którym widocznie było na rękę, że ktoś pomaga mi spłacać zaciągnięty kredyt hipoteczny. Cenili swoją prywatność, więc nasze domowe życie zostało ograniczone do pokoju, toalety i  kuchni. Nigdy nie czułem się tam komfortowo. Trudno mi jednoznacznie określić dlaczego, ale miałem wrażenie permanentnej inwigilacji. Moje drugie mieszkanie gościło mnie przez kilka miesięcy do momentu, gdy właściciele postawili mnie przez wyborem: mogę zostać, ale Alex musi się wyprowadzić, bo jego zachowanie jest uciążliwe, albo wyprowadzamy się razem. Nie stać mnie było na wynajmowanie pokoju w pojedynkę, a mieszkanie z Alexem było mi na rękę, więc decyzja była podjęta bez zbędnej zwłoki. Swoje graty przewieźliśmy kilka skrzyżowań dalej do domu, który tym razem należał do pary Chińczyków. Dom składał się z parteru z dostępem do ogrodu oraz piętra. Łącznie było tam 4 lub 5 pokoi. W każdym mieszkał ktoś inny. Taki trochę pensjonat tylko bez stałej obsługi i niektórych sprzętów. Pokój był porównywalny wielkością do poprzedniego, ale miejsce zabierała kabina prysznicowa, która stała w roku pokoju. Tak, używaliśmy jej. Dobrze, że chociaż toaleta była osobno. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie plusów mieszkania u Chińczyków. Pewnie dlatego, że miałem poczucie stałego nieporządku i brudu ogarniającego dom. Nie mieszkaliśmy tam długo, bo już po kilku miesiącach zdecydowaliśmy się na kolejną przeprowadzkę.
  • Komfortowe Surbiton. Surbiton był wypadkową zbiegu kilku okoliczności w tym samym czasie. Pierwszą z nich było związanie się Aleksa z Andreą, która była wtedy już moją dobrą znajomą. Drugą była poprawa sytuacji finansowej wynikająca ze zmiany pracy na pracę rikszowego freelancera :). Trzecią rzeczą to uzyskanie przez Aleksa rekomendacji i referencji od pracodawcy co do gwarancji zatrudnienia i stałej pensji, co było ważne dla agencji nieruchomości, przez którą znaleźliśmy mieszkanie. A czwarty powód był bardzo prozaiczny – chęć zmiany i bycia niezależnym. Czy do decyzji wspólnego zamieszkania długo dojrzewaliśmy? Chyba nie. Andrea płaciła kosmiczne pieniądze za wynajem pokoju na kampusie uczelni, więc też szukała tańszej alternatywy. Ja z Aleksem świetnie się dogadywaliśmy jako lokatorzy, więc tutaj też nie chcieliśmy niczego zmieniać. Andrea była oczywistym wyborem. Również dlatego, że kobieta w domu jako współlokator zawsze jest mile widziana. Przede wszystkim dlatego, że wnosi do domu trochę wiosny. Zadba o kwiaty, ładne zapachy, rozpisze harmonogram sprzątania, a i czasem zmobilizuje do pójścia na uczelnię. Mieszkanie wynajęliśmy od pary Anglików, którzy sami kiedyś w nim mieszkali. Z wiadomych względów było ładnie urządzone (bo nie typowo pod wynajem) i w dość wysokim standardzie (jak na studenckie potrzeby). Każde z nas miało swój pokój. Ja zgodziłem się na wzięcie pokoju dziennego z wyjściem na balkon. Był to największy z pokoi. Dzięki temu, że moi kochani współlokatorzy mogli z niego skorzystać chcąc pójść zapalić na balkon czy zjeść obiad przy stole płaciłem najmniejszą część czynszu. Pasował mi taki układ. Razem mieszkaliśmy przez około rok czasu. Pierwszą osobą, która zdecydowała się wyprowadzić był Aleks. Praca zaczęła coraz bardziej go pochłaniać, studia trochę zaniedbał i w końcu poczuł potrzebę przeprowadzki do centrum Londynu, aby być bliżej szefa, który zaczął go wzywać o coraz dziwniejszych porach. W miejsce Aleksa wprowadziła się Lizzy. Nigeryjka wychowana w Londynie, która po ukończeniu studiów została rozpoznawalną w afrykańskiej kulturze projektantką mody. Z Lizzie mieliśmy przeboje. Ciekawa osobowość, ale kulturowo daleko od tego co byłem w stanie akceptować jako standard. Głośne zachowanie z grupą krzykliwych znajomych (a mając teraz dwójkę małych dzieci uważam, że mam dość spory próg tolerancji hałasu i krzyku), smażenie wszystkiego co zmieści się na patelni, brak poczucia potrzeby utrzymania czystości w części wspólnej mieszkania. Wymieniać mógłbym więcej kończąc na dostarczanych przez kurierów licznych pakunkach niewiadomego pochodzenia, które były opłacane niewiadomego pochodzenia kartą kredytową. Było w każdym razie ciekawie. Lizzie pomimo delikatnego sugerowania z mojej strony, że oczekujemy zwolnienia przez nią pokoju, została w mieszkaniu do samego końca. Ówcześnie z pewnością nie mógłbym dopisać łatwości przekonywania do listy umiejętności w CV. W końcu przyszedł czas na Adreę. Myślę, że miała trochę dość. Chciała też zażyć trochę wielkomieszczańskiego życia, dlatego wybrała sobie za cel centrum Londynu w okolicach Baker Street. Tam wynajęła kawalerkę tylko dla siebie i mogła do woli korzystać z uroków nocnego życia stolicy Wielkiej Brytanii. Czas jej decyzji idealnie się zbiegł z przyjazdem mojego dobrego znajomego z Polski. Piotrek miał przenocować u mnie tylko jedną noc, a później udać się do Manchesteru, gdzie ponoć miał nagraną jakąś robotę. Pracę jednak znaleźliśmy mu już następnego dnia i tak został ze mną dzieląc szczęśliwy los emigranta. Z Piotrkiem wspominam masę fajnych imprez, niezliczone godziny obejrzanych seriali typu Dexter, Supernaturals czy polskich Władców Much. W pamięci mam też zarwane noce poświęcone rozgrywkom w Diablo 2 czy Fifę. Uroki studenckiego życia. Fajne wspomnienia. W międzyczasie na Surbitonie pomieszkiwały jeszcze chwilowo dwie Meksykanki, Kolumbijka i Nigeryjczyk. W różnym czasie i z różnych naiwnych powodów.

Wypowiedzenie złożyłem w lipcu 2008 roku, a w sierpniu byłem już w Polsce. Przeszło 3 lata wiązały się z 4 mieszkaniami, tysiącami zapłaconych funtów, lepszymi i gorszymi współlokatorami, ale przede wszystkim i w głównej mierze mimo wszystko pozytywnymi wspomnieniami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *