Tipi Town czyli indiańska wioska w Kamieńcu Wrocławskim

Jednym z powodów, dla których uwielbiam jeździć rowerem z doczepioną przyczepką rowerową i dzieciakami w środku to możliwość jazdy po prostu przed siebie. Moja dość dobra orientacja w terenie pozwala mi na określenie co będzie i gdzie ewentualnie dojedziemy, jeśli np. wjedziemy na leśną ścieżkę, podążymy wałem przeciwpowodziowym tudzież znajdziemy się na jednej z malutkich osiedlowych alejek. Nie zastanawiam się wtedy za bardzo czy za 500 metrów droga będzie przejezdna, bo przecież zawsze można wrócić albo wszystko i wszystkich przenieść, przerzucić przez płot lub teleportować.

Mniej więcej tydzień temu postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę do Kamieńca Wrocławskiego, żeby obejrzeć powstające tam osiedla domków jednorodzinnych, których ceny są dość atrakcyjne jak na wrocławskie warunki. Chciałem ocenić czy poszukiwania naszego domu/mieszkania poza granicami Wrocławia jest tym co nas w przyszłości będzie satysfakcjonowało. Już teraz wiem, że raczej przez najbliższe lata będziemy potrzebować swobodnego dostępu do centrum, czyli dobrej komunikacji miejskiej, więc wszystko co nie spełni tych kryteriów będziemy wykluczać. Ale to historia na inną okazję. Tak więc zobaczenie osiągnięcia dolnośląskich deweloperów był naszym jedynym celem podróży. Wszystko inne czego doświadczyliśmy lub zobaczyliśmy tego dnia było dziełem przypadku.

Obraliśmy sobie dość standardową, przynajmniej w początkowej fazie, trasę którą wielokrotnie tego lata pokonywaliśmy. Z Księży Małych udaliśmy się do Mokrego Dworu, a stamtąd po przejechaniu nad Oławą skręciliśmy w drogę na Blizanowice, która przypominała bardziej księżycową ścieżkę niż jakąkolwiek szrutową drogę, którą do tej pory mieliśmy okazję pokonać. Poziom pyłu (przypominającego cement lub gips) na całej dwukilometrowej trasie był tak wysoki, że cała roślinność w promieniu kilkunastumetrów po obu stronach drogi była pokryta szarym osadem. Wyglądało to dość apokaliptycznie. Jedyną wątpliwość jaką miałem podczas planowania trasy to czy uda nam się przejechać rowerem nad Odrą korzystając ze Wschodniej Obwodnicy Wrocławia. Jeżeli droga byłaby wyłączona z ruchu dla rowerów musielibyśmy przełożyć naszą wycieczkę na inny raz, bo najbliższą przeprawą był jaz i most na wyspie Opatowickiej, a tam wracać już mi się nie chciało tego dnia. Na nasze szczęście architekci projektujący obwodnicę ujęli w planach wybudowanie trasy rowerowej wzdłuż trasy przejazdowej nad Odrą! I to naprawdę przyjemnej, bo szerokiej i oddzielonej ścianą dźwiękochłonną od ruchliwej drogi. Przewidzieli zatem, że mieszkańcy wiosek po północnej stronie Odry, miłujący się w jeździe rowerem, będą chcieli korzystać z tej drogi skracając sobie czas dojazdu do Wrocławia.

Gdy dotarliśmy do Kamieńca, dzieciaczki były na granicy wytrzymałości. Bardzo już chciały wyjść z przyczepki, coś zjeść i się pobawić. Ja, mając w swoim zwyczaju, mówiłem że jeszcze 2 minutki. Oczywiście wyszło więcej. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że szukałem dogodnego miejsca na odpoczynek. Nie chciałem by był to pierwszy lepszy osiedlowy plac zabaw, choć ostatecznie i taka opcja by nas zadowoliła. Zobaczyliśmy domki kątem oka, bo tyle nam wystarczyło by dojść do wniosku, że dojazdy z tego miejsca do pracy, dowożenie dzieci na dodatkowe zajęcia czy dojazdy opiekunki byłyby zbyt obciążające. Nie w momencie gdy każda godzina razem jest na wagę złotą, na wagę choćby nawet rodzinnego wypadu na rowerach…

Przejechaliśmy kolejnych kilka uliczek gdy naszym oczom ukazała się drewniana brama, za którą stały indiańskie namioty tipi. Ale że jak? Indiańska wioska tutaj? Tak niedaleko od nas? Idealne miejsce do odpoczynku po dość długiej jeździe, szczególnie że za bramą widać było oznaki życia. Na chwilę tylko zatrzymaliśmy się przed wjazdem do wioski, żeby przeczytać informację o warunkach wstępu na teren tego kosmicznego miejsca. Uznaliśmy, że 20zł za całą rodzinę (2+2) to i tak niewiele za możliwość sprawdzenia z czym się je indiańską wioskę na Dolnym Śląsku. Ostatecznie i tak okazało się, że płacić nie musimy, bo było późno, a wszelkie atrakcje dla gości skończyły się tego dnia kilka godzin wcześniej. Nie mniej jednak było nam bardzo sielsko spędzić tam ponad godzinę odkrywając po kolei każdą z atrakcji.

Przy okazji zamawiania kawy dowiedzieliśmy się, że Indiańska wioska (Tipi Town) to miejsce, w którym organizuje się wszelkiej maści eventy na czele z urodzinami i warsztatami artystycznymi dla najmłodszych. Najbardziej gorącym okresem, obfitującym w tego rodzaju wydarzenia, są oczywiście wakacje, ale i gdy zaczyna się rok szkolny to nie brakuje ciekawych imprez okolicznościowych czy zorganizowanych zajęć dla dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym. Na terenie wioski znajduje się mini zwierzyniec, w którym leniwie kicają króliki ze świadomością, że jutro raczej też tam będą, a nie w rosole właścicieli. Prowadzą nic innego jak tzw. slow life. Częśc wioski stanowi sad owocowy, w którym pomiędzy pniami drzew rozwieszone są kolorowe hamaki. Jest też mały sklepik z indiańskimi pamiątkami i trofeami z ‚dzikiego zachodu’. Dla maluchów dostępne są dwa place zabaw – jeden ze zjeżdzalnią i piaskiem, drugi w formie statku, na który można wejść i pobawić się w… piratów? 🙂 Jak już wspomniałem na środku wioski znajduje się palenisko, gdzie każdy może poczuć się jak wódz i rozpalić ogień.

Ogólnie miejsce pozwala oderwać się od codziennych myśli i sprawia, że poczuliśmy się zrelaksowani nawet po dość ciężkim pedałowaniu. Dzieci miały gdzie pobiegać bez obaw, że zrobią sobię krzywdę, my zaś doświadczyliśmy ciszy i kawy z ekspresu. Jedynym chyba minusem jest brak zaplecza gastronomicznego, więc nie liczmy, że dostaniemy tutaj śniadanie lub obiad. Zawsze jednak przy okazji organizacji przyjęcia można zamówić sobie catering, ja bym tak zrobił.

Droga powrotna dała nam w kość. Pierwszy raz od dawna czułem się zmęczony, być może przez sporą ilość podjazdów tego dnia, a może przez brak czegoś treściwego do zjedzenia po przybyciu do wioski. Nie mniej do domu wróciliśmy bardzo zadowoleni i obiecaliśmy sobie, że na pewno tam wrócimy. Szczególnie że nie mamy daleko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *