Bieżące wydarzenia 12

Przyszedł wrzesień, wakacje za nami, a przed nami morze kolejnych wyzwań. W nowej rzeczywistości funkcjonujemy już od tygodnia i chyba wszyscy chwalimy sobie zmiany, które nastały w naszym życiu. To już nie pierwszy raz gdy wszechświat udowadnia nam, że wszelkie plany należy zmieniać w zależności od tego co nam los przynosi. Tak zwany back-up, umiejętne rezygnowanie z pierwotnych założeń, aby było jeszcze lepiej. Jeszcze w kwietniu byliśmy w Bełchatowie i wprawdzie wiedzieliśmy już wtedy, że przenosimy się do Wrocławia, to nic poza tym nie mogliśmy powiedzieć względem tego jak będzie wyglądało nasze życie za pół roku. Snuliśmy plany, ale więcej i tak było niewiadomych niż pewniaków.

Planowaliśmy, że dzieci będą razem chodzić do punktu żłobkowo-przedszkolnego. Proste rozwiązanie – dzieci razem rano zawozimy i po południu odbieramy. Miały by też wsparcie w sobie w tym nowym, zupełnie innym niż do tej pory znały, świecie. Nie zakładaliśmy, choć bardzo chcieliśmy ze względów finansowych, że dzieci będą uczęszczać do publicznych placówek. Od razu aplikowaliśmy do niepublicznego żłobka i przedszkola. Wpłaciliśmy kaucję i czekaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń. Na szczęście Stefci udało się dostać do jednego z dwóch publicznych przedszkoli w okolicy naszego domu! Tylko 5 minut piechotą! Spróbowaliśmy również sił w aplikowaniu do publicznego żłobka dla Ignasioczka, ale tutaj los był ciut mniej przychylny.

Czas mijał, a ja coraz bardziej niecierpliwie czekałem na moment kiedy Ania zacznie rozsyłać swoje CV do potencjalnych, przyszłych pracodawców. W końcu we wrześniu kończył jej się płatny urlop i przydałoby się jakiś etat na zakładkę 🙂 Napięcie narosło wraz z nadejściem sierpnia. I wtedy nagle, jak to w zwyczaju Ani bywa, złożyła jedno CV, ale tak skutecznie, że zaprosili ją na rozmowę. Nie mogło być inaczej – dostała pracę menadżera w jednej z poważniejszych instytucji kulturalnych we Wrocławiu. WHAAAAAT? W moim przekonaniu dostała pracę dla siebie idealną – łączy pasję i zamiłowanie do sztuki z pracą. Czy można było sobie wyobrazić lepszy scenariusz? Podsumowując zatem – żona moja zaczęła pracę z dniem 1 września i widzę, że jej się bardzo podoba. Niby tylko tydzień minął, ale widzę jak bardzo podekscytowana wraca do domu. Aż jej normalnie zazdroszczę! 🙂

Oferta pracy dla Ani i szybki start dały nam do myślenia. W związku z tym, że ja pracuję w godzinach nocnych, a Ania ma dość nienormowany czas pracy, co będzie się wiązało czasami z późniejszymi, wieczornymi powrotami do domu tudzież delegacjami (już we wrześniu ma 4-dniowy wyjazd do Niemiec), zaczęliśmy poważnie rozważać zatrudnienie niani. Powodów było kilka. Po pierwsze, koszt niani jest nieznacznie wyższy niż niepubliczny żłobek Ignasia. Po drugie to i tak w wieczory gdy Ania będzie musiała zostać dłużej w pracy, a ja będę musiał wyjść do swojej, potrzebowalibyśmy kogoś do doglądania dzieci podczas naszej nieobecności. Gdyby Ignaś chodził do żłobka to nie zmieniłoby faktu, że w takich sytuacjach i tak musielibyśmy zatrudnić kogoś kilka razy w miesiącu. I tutaj uwaga… koszt za te dwie usługi byłby wyższy niż zatrudnienie niani i nieposyłanie Ignasia do żłobka. Po trzecie – co gdy Ignaś lub Stefcia zachorują? W końcu nie jest żadną tajemnicą, że przedszkola i żłobki to wylęgarnia chorób i dzieci łapią coś kilka razy w roku. Wtedy któreś z nas musi wziąć urlop, żeby zostać w domu. A tak mamy nianię, która na codzień zajmuje się Ignasiem oraz Stefką na wypadek gdy ta nie będzie mogła pójść do przedszkola. I po czwarte, najważniejsze, to żadne z nas nie było emocjonalnie gotowe by posyłać Ignasia do żłobka. Myślę, że on również nie jest gotowy na rozstanie z domowym zaciszem. Niania rozwiązuje nam masę problemów!

I jak wygląda nasze życie od tygodnia? Ania chodzi do pracy i do domu wraca około 15:30. Zanim jednak do niej wyjdzie odprowadza naszą małą dziewczynkę do przedszkola. Około 7:30 przychodzi niania, która zajmuje się Ignasiem do 12:00, kiedy to kładzie go na drzemkę. Ja wstaję około 12:30 – 13:00 i czekam aż młody się obudzi, po czym około 15:00 razem wyruszamy odebrać Stefcię z przedszkola. Później mamy całe popołudnia dla siebie na wspólne rowerowe wycieczki, zabawy, balety i inne. Dzieci ostatnio śpią już o 20:00, więc zanim ja wyjdę do pracy udaje nam się nawet obejrzeć odcinek Supernaturals! 🙂 Życie nam się całkiem fajnie poukładało i czujemy, że znaleźliśmy złoty środek i pewną harmonię. Strasznie się cieszymy na nianię Gosię, która już drugiego dnia położyła Ignasia na drzemkę, a ten nawet nie pisnął. Ta sztuka naprawdę rzadko komu się udaje. Ignaś i Gosia zdecydowanie dobrze się ze sobą dogadują, a młody nie odczuwa, że jakieś drastyczne zmiany w jego życiu nastały. Jest u siebie, harmonogram dnia został zachowany, ma 100% uwagi kogoś starszego, dużo czasu spędza na spacerach i zabawach… uważam, że decyzja o zatrudnieniu niani była jak najbardziej trafiona.

A jak nasza starsza latorośl odnajduje się w przedszkolu? Trzeba zaznaczyć, że Stefcia od ponad pół roku była przez nas przygotowywana do tego, że we wrześniu pójdzie do przedszkola. Sama o sobie niejednokrotnie mówiła, że jest już dużym przedszkolaczkiem. Widzieliśmy, że jest na to gotowa, a my emocjonalnie także czuliśmy, że to już ten czas. W ogóle się nie stresowaliśmy tym jak sobie nasz maluszek poradzi w nowych realiach. Nie pomyliliśmy się. Pierwszego dnia Stefcia co prawda się rozpłakała, ale tylko dlatego, że o 15:30 gdy większość dzieci jest odbierana przez swoich rodziców, ona nie chciała jeszcze wracać do domu. Tak bardzo jej się spodobało. Kolejne dni również przebiegały bezproblemowo, z taką różnicą, że dziecko już przybiega do mnie i rzuca mi się na szyję jak mnie widzi – tak jak sobie to wymarzyłem. I nie dlatego, że w przedszkolu było niefajnie. Po prostu tęskni i wie, że potem też może być super. Wieczorami gdy ją kładziemy spać opowiada z ekscytacją o tym co robiła. O tym co jadła, że ma koleżankę Dominikę, i że Zuzia dzisiaj płakała bo tęskniła za mamą, o tym że grała na jajku (!?) i dzwoneczkach. Również o tym, że jest za mała na duży plac zabaw i jak będzie miała 4 latka to wtedy Pani przedszkolanka pozwoli jej z niego korzystać. Tłumaczę jej wtedy, że zdecydowanie nie jest za mała, ale takie są zasady w przedszkolu i musi ich przestrzegać, gdyż nie każde dziecko jest tak sprawne jak ona. Bo jakby Pani pozwoliła jej wchodzić to inne dzieci z grupy też by chciały, a ona nie może wszystkich przypilnować. Za to ja z chęcią ją zabiorę na place zabaw dla dużych dzieci i będzie mogła robić przy mnie co tylko zechce. Stefcia to kochaniutkie dziecko i jest bardzo karna w przedszkolu, więc nie spodziewam się żadnych problemów wychowawczych z jej strony czy niestosowanie się do panujących zasad.

W środę moja mała mnie rozczuliła. Gdy ją odbierałem po południu z przedszkola, akurat trwał podwieczorek i dzieciaczki jadły brzoskwinie. Ale były też kruche Petitki. Pani Przedszkolanka podchodzi do mnie i pyta czy Stefcia mogłaby jeść ciasteczka na podwieczorek, bo nasze dzieciątko miało dziś dylemat i nie wiedziało czy może je zjeść, bo powiedziało, że słodycze je tylko w soboty. KOCHAM JĄ! Powiedziałem, że może jeść na podwieczorki wszystko tak jak inne dzieci. Ufam, że w przedszkolu cukierków i mega słodkich rzeczy dzieci do jedzenia nie dostają, więc jeżeli zje kruche ciastka from time to time nie będę się czuł jakbyśmy łamali jakieś ustalone zasady. Poza tym bardziej w tej chwili zależy mi na tym, by Stefcia czuła się jako część kolektywu. W końcu to jej pierwsze doświadczenia z grupą i nie mam zamiaru sprawiać, by czuła się wyalienowana. Podświadomie wiem, że takie przyzwolenie dla Stefci było ważne i zrobi nam to więcej dobra niż zła. Oczywiście w życiu poprzedszkolnym dalej trzymamy się słodkich sobót 😉

Co do Ignasioczka zaś, to nasz młodziak stał sie mega kontaktowy, choć mówić to mu się wciąż nie chce. Krzyczy oczywiście „mama, tata, papa, titi (co znaczy jeszcze), baba i mase innych, ale do pełnych zdań to mu jeszcze daleko. Nie ma jednak rzeczy, której byśmy nie byli w stanie zrozumieć gdy usilnie próbuje nam coś powiedzieć. Niedawno przebiły mu się dolne dwójki, więc nasz 18 miesięczny skrzat ma łącznie aż 4 zęby! Zasuwa na swoim rowerku jakby miał motorek i czasami wystarczy go na chwilę spuścić z oczu, a on już na drugim końcu podwórka jest. Opanował też do perfekcji wyrzucanie przedmiotów przez balkonową balustradę, więc raz na jakiś czas ktoś schodzi na dół zebrać autko, wyciskarkę do cytrusów, orzechy włoskie i kto wie co jeszcze.

Co jednak najważniejsze w ostatnim czasie to chyba to, że latorośle trzymają nam się tego lata naprawdę nieźle w kwestii zdrowia. Żadne z nich nam nie choruje i może w pełni korzystać z uroków lata, nawet gdy na dworze pada deszcz. Cieszy również fakt, że dla obojga nie ma lepszego towarzysza zabaw niż brat lub siostra 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *