Bieżące wydarzenia 11

A z życia codziennego kolejna porcja nowości z ostatnich tygodni. Ba! Miesięcy…

  1. Dorobiliśmy się kota! Tolek jest z nami od trzech tygodni i został nam przekazany pod opiekę przez Wiktorię, przyjaciółkę rodziny, którą już kiedyś miałem przyjemność przedstawić na naszym blogu. Tolka przygarnęliśmy do nas na czas remontu mieszkania Wiktorii i wydaje się, że jest mu u nas całkiem nieźle. Jest kociakiem, który lubi się łasić, ale też nie do wszystkich. Póki co omija szerokim łukiem Ignaśka, bo ten nie szczędzi mu swoich czułości wyrażanych głównie ciągnięciem za ogon. Stefcia ma już swoje epizody z głaskaniem Tolka, ale też nie zawsze jej się to udaje. Skutecznie za to „szysza” go, gdy Tolek wskakuje na stół lub blat kuchni. Nie szczędząc sobie pochwał, uważam, że kot najbardziej do mnie lubi się tulić. Pewnie dlatego, iż wie, że to obustronne uczucie 🙂 Jest kompletnie bezproblemowy i chętnie byśmy go przygarnęli (czego jeszcze nie wykluczam, bo trochę się do niego przywiązałem, a Wiktoria docelowo chce go komuś oddać), gdyby nie fakt, że nie wiemy co z Tolkiem robić gdy wyjeżdzamy na weekend. Na jedną noc jest okej, ale z dłuższym wypadem zaczyna się robić niemały problem. Kuwetę trzeba posprzątać, wody nalać, dać jedzenie, podrapać pod brzuchem i za uchem… Co robić? Fajnie byłoby mieć kogoś kto Tolka mółgby doglądać podczas naszej nieobecności. We will see…

  2. Stefcia od trzech tygodni chodzi na zajęcia baletu. W każdy wtorek jeździmy do kawiarni „Hamak”, w której organizowane są wakacyjne kursy baletu dla przedszkolaków. Pierwsze zajęcia nie poszły po naszej myśli, bo Stefcia potrzebowała dłuższej akomodacji do otoczenia, nowych osób i oswojenia się z myślą, że na zajęciach będzie sama. Ostatecznie wszystko skończyło się płaczem. Obiecaliśmy jej jednak, że jeśli będzie chciała to spróbujemy ponownie za tydzień. I tak oto mamy za sobą trzy zajęcia, gdzie nasz maluszek samodzielenie, bez naszego udziału, bierze lekcje tańca. Czasami podglądam ją przez okno i duma mnie rozpiera widząc jak świetnie sobie radzi, jak wykonuje wszystkie polecenia Pani prowadzącej oraz ile radości czerpie z tańca z innymi dziewczynkami. Gdy wychodzi po 40 minutach zajęć to widać na jej twarzy, że jest szczęśliwa. Cudownie jest móc dawać małym ludziom to co sprawia im tyle satysfakcji. Oczywiście po każdych zajęciach jemy lody 😉

  3. Trzymając się wątku przedszkola. Za trzy tygodnie Stefania będzie miała swój przedszkolny debiut. Ponad 3 lata spędzone w domu pozwala sądzić, że to co mogliśmy dać córce w tym pierwszym okresie życia to daliśmy. Widać to zresztą po jej zasobie słów, umiejętności liczenia, empatii, dzielenia się, dbania o swoje i wiele innych. Teraz przyszedł etap na więcej. Pewnie przedszkole zmieni jej światopogląd, poszerzy, uodporni na pewne zachowania. Tym bardziej, że nasza dziewczynka sama już od dawna wspomina, że z chęcią pójdzie do przedszkola. Mam tylko nadzieję, że wyniesie wszystko to co dobre. Każdy rodzic tego sobie życzy 🙂
  4. Ignaś, Ignasioczek – jak to Stefania przemianowała swojego brata i wszystkim w domu się przyjęło, pójdzie prawdopodobnie do żłobka. Jest w każdym razie zapisany do niepublicznego, bo do publicznego go nie przyjęli. Nie mieliśmy ze złożbkiem tyle szczęścia co z przedszkolem Stefci. Ograniczenia finansowe naszego domowego budżetu sprawiły, że nie możemy sobie pozwolić na posłanie dzieci do jednego punktu żłobkowo-przedszkolnego. Będą chodziły do dwóch różnych placówek. Plus jest przynajmniej taki, że nie są one daleko od domu. Nie można mieć w życiu wszystkiego. Teraz tylko pozostanie kwestia tego czy Ania znajdzie pracę we Wrocławiu. Jeśli poszukiwania się przedłużą może nie będzie potrzeby oddawania Ignaśka do żłobka na całe dnie, a tylko parę godzin.
  5. Nie ukrywam, że przedszkole jak i żłobek wiercą mi w głowie dziurę na myśl o zmianie harmonogramu dnia naszych dzieci. Stefcia i Ignasioczek chodzą na drzemki mniej więcej w tym samym czasie – około godziny 12:00 i śpią od 1,5h do nawet 3h. Różnie z tym bywa. Nie mniej jest to dla nas bardzo ważny punkt harmonogramu dnia, bo wokół niego mamy zbudowane wszystko inne – śniadania, zabawy, spacery czy obiady. Boję się, że nowe miejsce, brak zaciemnienia sal, duża ilość dzieci wpłynie na komfort i jakość snu naszych dzieci, które przyzwyczajone są do czegoś zupełnie innego. Tylko, żeby tego uniknąć musielibyśmy zatrudnić nianię tylko dla Ignaśka. A nas zwyczajnie nie stać na takie rozwiązanie. Boję się nadchodzącego września i zmian, które nas czekają.
  6. Kontynuując wątek zmian. Od sierpnia jestem już na umowie na czas nieokreślony. Trzy miesiące okresu próbnego minęły bardzo szybko i ostatecznie kilka tygodni temu zaproponowano mi przedłużenie umowy. Nowa umową wiąże się z kolejnym wyzwaniem – pracą nocną porą. Zaczynam o 21:00, a kończę o 5.00 rano. Po dwóch tygodniach, wiem że funkcjonowanie w nocy nie jest ciężkie, przynajmniej na razie. Wystarczy jedna kawa o godzinie 21:00. Ponadto upatruję masę plusów w pracy na nocną zmianę. Staram się wstawać nie później niż 13:00, co daje mi w trakcie dnia więcej czasu dla rodziny i własne przyjemności. Normalnie w domu byłem dopiero o godz. 16.00 lub 16.30, teraz jestem o parę godzin do przodu. Miłe jest też to, że w końcu nie muszę używać budzika! Oczywiście to, że nie muszę używać budzika nie oznacza, że nie kontroluję długości snu. Kilka dni temu poprosiłem Anię o budzenie mnie o 13:00 gdyby okazało się, że sam się nie wstanę do tego czasu. W końcu 6h snu dziennie to wystarczająco dużo, by organizm się zregenerował. A jeżeli chodzi o moment wyjścia do pracy to do tej pory zdążymy wykąpać dzieciaczki, położyć Ignasia i mieć Stefcię gotową do snu. Idealnie. Plusem jest jeszcze to, że praktycznie cały poniedziałek mam wolny, bo zaczynam dopiero wieczorem. Daje to szansę na załatwienie wielu urzędowych spraw, wizyt u lekarzy i innych kwestii, których nie można załatwić w weekend. Zdecydowanym minusem jest to, że Aneczka zasypia sama w łóżku. Musi czekać na weekend. Na szczęście wstaje gdy już jestem w łóżku, więc najgorzej nie jest. Jest zupełnie inaczej niż było jeszcze 6 miesięcy temu. Pół roku temu nie wiedziałem nawet, że będziemy mieszkać we Wrocławiu 😉
  7. A co robimy z czasem wolnym w tegoroczne wakacje? Na przykład wybieramy się do parku, a dzieci jeżdzą w nich na swoich rowerach. Mieliśmy nawet epizod wypożyczenia przyczepki rowerowej dla dzieciaków. Chcieliśmy zobaczyć czy przyczepka to jest to. Od dawna o tym rozmawialiśmy i mieliśmy piękną wizję wspólnych, rodzinnych wycieczek. Wypożyczyliśmy Nordic Cab Explorer 2015 i byliśmy wniebowzięci. Zaliczyliśmy kilka udanych wypadów do miasta oraz na jego obrzeża. Dzieciaki również były zachwycone. Oddając ją do wypożyczalni chcieliśmy kupić od ręki taką samą, ale wstrzymaliśmy się z decyzją do czasu przetestowania innych modeli. Zależy nam bardzo na takiej przyczepce, która będzie miała amortyzatory, sporą przestrzeń pakowną na graty podczas wycieczek i nie będzie kosztowała tak jak Nordic Cab Urban 2016, czyli bagatela 4tys zł!. Wiem, że są przyczepki Queridoo, które kosztują około 1,7tys zł i mają amortyzatory, a że głównie jeździmy po mieście dla nas to dość istotna kwestia. Widzieliśmy taką na Wyspie Bielarskiej u jednego Niemca, który woził w niej swojej dzieci. Tylko teraz jakoś ciężko się zebrać do zakupu. Koniecznie musimy się zmobilizować do działania, bo piękna pogoda nie będzie trwała wieczność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *