Hiszpania – Gibraltar (część 4)

Gibraltar choć terytorialnie nie należy do Hiszpanii, bo jest to brytyjskie terytorium, to wjeżdżając do tej położonej na niecałych 7 kilometrach kwadratowych eksklawy, miałem wrażenie że to tak jakbym przekraczał granice Gdańska znajdującego się wciąż pod niemiecką okupacją. Skończyło się tylko na odczuciu, bo w jednej chwili po przekroczeniu granicy (a takowa istnieje, bo mundurowi sprawdzają paszporty) wróciło nagle wspomnienie Londynu. Po prostu trudno mi było się oswoić z myślami, że wszędzie dookoła Hiszpania, a tu nagle w sklepie akceptują płatność w szterlingach.

Dlaczego wspomnienie Londynu? Ruch drogowy wprawdzie jest prawostronny, ale już oznakowania dróg i budynków, charakterystyczne puby i samochody na zółtych rejestracjach przywołują wspomnienia Anglii, w której miałem przyjemność pomieszkiwać. W parkach można znaleźć angielskie czerwone budki telefoniczne, spacerująch Anglików ze swoim „posh” brytyjskich akcentem, a w restauracjach  można zamówić typowe „fish & chips”.

Na Gibraltar wybraliśmy się, o ile mnie pamięć nie myli, w poniedziałek. Dzięki temu dojazd ekspresówką A7 był czystą przyjemnością, bo turystów jakby mniej, a tzw. commutersi w ogóle nie przeszkadzali. Z Elvirii dojechaliśmy na miejsce w niecałe dwie godziny, a dzieciaki ponownie spisały się na medal. Charakterystycznym punktem orientacyjnym dla Gibraltaru jest Skała Gibraltarska, która wznosząc się 426 m n.p.m. króluje nad wszystkim dookoła i nie pozostawia złudzeń, że miejsce to na pewno jest z jakiegoś powodu ważne i strategiczne. Nie bez kozery Anglicy wraz z Holendrami zajęli Gibraltar na początku XVIII wieku uznając zapewne, że terytorium na granicy morza Środziemnego i Oceanu  Atlantyckiego będzie idealną bazą wypadową i zaopatrzeniową. Pal licho, że stało się to podczas wojny o sukcesję hiszpańską. Liczyła się perspektywa długoterminowa, wizjonerstwo 😉 Przez długi czas była tam baza Royal Navy, ale i do tej pory Anglicy mają tam swoją bazę lotniczną.  Miejsce to również traktują jako raj podatkowy, centrum turystyczne i Bóg wie co jeszcze. Najlepsze jest to, że rozpisane już kilkukrotnie referendum, w których obywatele Gibralataru mieli możliwość opowiedzenia się za przyłączeniem do Hiszpanii, zdecydowali się zostać pod rządami królowej. Widocznie tak jest im dobrze.

Żeby wjechać samochodem na Gibraltar, należy przejechać przez płytę lotniska. Gdy zatem ląduje na niej jakiś samolot, wszyscy cierpliwie muszą czekać, aż pas będzie zwolniony i dopiero wtedy ruch drogowy jest wznawiany. Nie mieliśmy wprawdzie okazji tego doświadczyć, ale może i dobrze, bo stanie w korku nie jest wymarzonym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Pogoda na ‚cyplu’ przywitała nas typowo po angielsku. Skała Gibraltarska była spowita deszczowymi chmurami, a temperatura znacząco niższa niż ta, do której przywykliśmy przez ostatnie dni na wybrzeżu Costa del Sol. Pożałowaliśmy nawet, że dzieciakom nie zabraliśmy czegoś cieplejszego do ubrania. Na szczęście uratował nas plażowy kocyk, więc tragedii większej nie było. Jednak zgodnie z oczekiwaniami co do klimatu podchodzącego pod ten panujący w północnej Afryce, żaden deszcz nie spadł, a chmury rozpierzchły się w niewiadomym kierunku. Około godziny 11.00 pogoda momentalnie sie poprawiła, a my mogliśmy podjąć decyzję o wjeździe na szczyt Skały.

Generalnie znane są trzy drogi na szczyt, pomijając takie abstrakcje jak lądowanie na szczycie ze spadochronem. Pierwsza z nich, najprostsza i polecana dla takich turystów jak my – czyli z małymi dziećmi, to wyciąg kolejkowy. Droga na szczyt trwa około 7 minut, widoki zapierają dech w piersiach, a z gondoli kolejki widać skaczące po skałach makaki, czyli rozsławione po świecie gibraltarskie małpy, które ponoć opanowały skilla kradzieży do perfekcji. Druga trasa prowadzi utwardzanymi drogami po zboczach góry, najlepiej samochodem transitem wraz z przewodnikiem turystycznym, który podczas trwającej 3 godziny przejażdżki opowie o historii miejsca, podzieli się ciekawymi anegdotami i nie skasuje więcej niż kosztuje kolejka. Tak przynajmniej nam obiecywali nagabywacze przy wyciągu kolejkowym, a my musieliśmy wykazać się sztuką asertywności, żeby odmówić. Trzecie rozwiązanie to piesza wędrówka na górę, choć tą opcję polecam hardcorowym trekkingowcom.

Nawiązawszy wcześniej do tematu małp, to jest tutaj pewna krótka historia do opowiedzenia i dlatego rozwinę temat szerzej. Nasza historia zaczyna się tam, gdzie zaczęła się historia małp. Mianowicie magoty (gatunek makaków) zamieszkują sobie Gibraltar jako wolne stworzenia, ale przywykły już do tego, że ktoś o nie nieustannie dba. Są dokarmiane przez odpowiednie służby, znakowane, monitorowane i ogólnie prowadzą sobie lekki żywot. Ta troska wynika z jednej rzeczy – przesądu, że jeżeli małpy kiedykolwiek znikną z Gibraltaru, to Wielka Brytania straci prawo do swojej eksklawy. No cóż, rozumiem tutaj Brytyjczyków. Kontrolowane dokarmianie jest jednak zaburzane przez takich nieodpowiedzialnych turystów jak my. Jeszcze przed wejściem do kolejki,  zupełnie nieświadomi czyhających zagrożeń, zrobiliśmy niewinne zakupy pieczywa dla dzieci. Bo przecież pora lunchu się zbliżała, a nie bardzo wiedzieliśmy czy na szczycie góry coś kupimy do jedzenia. No i tak wsiedliśmy do kolejki, Stefcia wyprosiła swoją bułeczkę i jedziemy na górę… Dziecko zajada się angielskim czy tam hiszpańskim pieczywem, okno szeroko otwarte, zbliżamy się do platformy, na której mamy wysiadać, a tu ni z gruchy ni z pietruchy do kolejki wskakuje nam małpa. Nie wiem nawet kiedy wyrwała Stefci bułkę, ale moje dziecko również nie miało pojęcia co się wydarzyło. Dopiero jak zobaczyło uciekającą małpę z fantem, spojarzało tym swoim niewinnym wzrokiem na rączkę, w której jeszcze przed chwilą był jej lunch, zdała sobie sprawę o co kaman. Ledwo co powstrzymaliśmy strumień łez, najpierw jej, a później naszych gdy przeczytaliśmy tablicę informacyjną, że za dokarmianie małp grozi grzywna 4000 funtów!

To nie był jednak koniec przygód z małpami tego dnia. Tuż po wyjściu z kolejki, Mariusz dostał ostrzeżenie od jednego z pracowników wyciągu, że pomysł wchodzenia na taras widokowy z otwartą torbą zakupową nie jest najlepszym pomysłem. Mario związał ją więc, zapakował do niej wszystkie skarby i jedzenie. Torbę schował zaś pod wózek spacerowy, a ten z kolei złożył tak, by żadna małpa nie miała możliwości dostania się do środka. Niestety cały misterny plan okazał się niewypałem. Jedna z dwóch małp oczekujących turystów wchodządzych na taras, skuszona najprawdopodobniej zapachem pieczywa, przeprowadziła niespodziewany szturm na Mariuszowy wózek. Do tej pory nie wiem jakim cudem wyciągnęła z niego papierową torebkę z naszymi bułkami. Przez moment nie było nikomu do śmiechu, bo byliśmy trochę zsokowani tym co się wydarzyło. Ale już po chwili nie mogłem powstrzymać śmiechu z całej zaistniałej sytuacji i dałem upust swoim emocjom. Ania jednak ostudziła moje naśmiewanie się z Mariusza, informując mnie, że torba z bułkami była nasza… Jak to mówią, nie śmiej się dziadku…

Widoki z góry są takie, że brakuje przymiotników by je opisać. Jednak największe wrażenie wywołuje fakt, że skała powstała w wyniku działania natury i uformowała się w tak nietypowym miejscu. Miejscu, które gwarantuje wspaniałe widoki na Afrykę, południowe wybrzeże Hiszpanii, Morze Środziemne i Ocean Atlantycki. Naprawdę nie dziwię się, że Anglicy nie chcą oddać Hiszpanii tak cudownego kawałka ziemi. Chętnie kiedyś tam wrócę na dłużej by od miejscowych usłyszeć w detalach historę tego miejsca, zobaczyć jaskinie i salę koncertową zbudowaną w jednej z nich, posłuchać angielskiego akcentu, a przede wszystkim odszukać małpę, którę zabrała mi bułki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *