hands-600497_1280

Świat się skurczył

Pamiętam czasy liceum i moment kiedy zacząłem myśleć o tym, gdzie chciałbym pójść na studia. Był to rok 2003, a do matury i podjęcia tej ważnej życiowej decyzji pozostało kilkanaście miesięcy. Jakoś od dawna czułem, że moje miejsce jest zagranicą. W kraju anglojęzycznym, najlepiej USA, Australii lub Wielkiej Brytanii. USA odpadło chyba już w przedbiegach, bo finansowo nie byłoby mnie stać na zapłacenie czesnego i utrzymanie się w tym kraju. W końcu Amerykanie już od narodzin swoich dzieci odkładają pieniądze na poczet ich przyszłej edukacji. Do tej pory nie wyobrażam sobie jak moi rodzice mieliby sfinansować taką fanaberię. Rozważałem za to w dalszym ciągu Australię i UK. Kiedyś mój tata wspominał, że jego ojciec miał kuzyna, który wyemigrował do Australii. Był nawet taki moment, że mój dziadek dostawał jakieś paczki z kraju kangurów. Miałem imię i nazwisko oraz adres z jakiejś starej koperty. Próbowałem nawiązać kontakt na wszelkie możliwe sposoby (a to było jeszcze przed erą portali społecznościowych) i niestety z nijakim skutkiem. Nie wiem czy kuzyn dziadka jeszcze żyje, a to wcale nie jest takie nieprawdopodobne, ale może jego dzieci i wnukowie tak. O ile miał jakieś potomstwo.

Australia odpadła, ale nastał rok 2004 i w maju Polska weszła do Unii Europejskiej. Maturę zdałem, złożyłem papiery na Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu i wyjechałem jako legalny imigrant na wakacje do Londynu. Tam dowiedziałem się, że przyjęto mnie na studia w Polsce. Przez 3 miesiące pobytu w Anglii miałem wiele rozterek. Czy powinienem wrócić do Polski i doświadczyć studenckiego życia pełnego szalonych imprez, nieprzespanych nocy i nowych znajomych? A może przedłużyć swój pobyt na emigracji, odłożyć przez rok pieniądze na studia i spróbować swoich sił na angielskim uniwersytecie. Decyzje podjąłem w ostatnim momencie. Zdecydowałem, że mógłbym żałować kiedyś, że ominęło mnie to beztroskie studenckie życie we Wrocławiu, a przecież ubiegać się o miejsce na angielskiej uczelni można też internetowo…skądkolwiek. Dlatego wróciłem, w międzyczasie zdałem certyfikat językowy TOEFL, a w listopadzie 2004 złożyłem aplikacje na 5 różnych londyńskich uczelni. Chyba już w marcu wiedziałem, że mam miejsce na Kingston University. Warunek był jeden: wziąć udział w odpłatnym 2-miesięcznym kursie przygotowawczym. Start przewidziany na czerwiec 2005. Rodzice wysupłali pieniądze i zainwestowali w syna. Także ukończony rok studiów (i to z nie najgorszymi wynikami) we Wrocławiu uznałem za bardzo owocny i wcale nie miałem poczucia zmarnowanego roku – pomimo, iż w Londynie miałbym zacząć od początku. Otrzymałem zgodę na naukowy urlop dziekański, co oznaczało nic innego jak możliwość powrotu na uczelnię i rozpoczęcie nauki tam gdzie skończyłem w przypadku podwinięcia się nogi na obczyźnie. A to co przeżyłem we Wrocławiu to moje i nikt mi tego nie odbierze.

Czerwiec 2005 – witaj Londynie. Pomijając już fakt, że początki były trudne pod kątem dojazdów, to na kursie radziłem sobie doskonale. Zakwaterowałem się zaraz po przyjeździe u znajomego Anglika, którego poznałem rok wcześniej. Dojeżdżałem z Upminster (6 strefa wschodniego Londynu) do Kinston Upon Thames (6 strefa zachodniego Londynu). Miałem za to sporo czasu na rozmyślania i naukę w autobusach, metrze i pociągu. Mieszkałem tam na szczęście tylko miesiąc, bo dość szybko dogadałem się z kolegą z kursu, aby wspólnie poszukać jakiegoś pokoju na wynajem w okolicach uczelni. I tak od sierpnia mieszkałem z Alexem na New Malden. U Polaków. Bo było tanio i relatywnie blisko na uczelnię. Alex, rodowity Meksykanin z Guadalajary, miał dość głośny sposób bycia. Szczególnie po tym jak uraczyliśmy się kilkoma shotami tequili. Na New Malden pomieszkaliśmy kilka miesięcy po czym Alex dostał wypowiedzenie. Mogłem zostać, ale świeżo nawiązana znajomość spowodowała, że razem spakowaliśmy walizki i znaleźliśmy inne lokum. Kawałek dalej. U Chińczyków, też na New Malden. Bonusem był prysznic w rogu pokoju 😉 Stamtąd po kolejnych kilku miesiącach i nawiązaniu bliższej znajomości z Andreą (tak, matką chrzestną Stefci!) zdecydowaliśmy we trójkę o wynajęciu 3 pokojowego mieszkania w dzielnicy Surbiton. Tam już zostałem do sierpnia 2008 roku, choć nie w takim samym składzie. Ale to już inna opowieść.

To o czym chciałem napisać, wspominając swój pobyt w Londynie, to zmiana w postrzeganiu świata, która we mnie zaszła na przestrzeni tych kilku lat. W 2003 roku świat wydawał się bardzo ogromny. Obcokrajowców znałem z telewizji lub krótkich „kolonii” w europejskich kurortach wczasowych. Australia była po drugiej stronie kuli ziemskiej, nieosiągalna. Ameryka Południa była kontynentem równie daleko oddalonym. Od momentu wzięcia udziału w kursie przygotowawczym świat nagle się skurczył. Wspólne gotowanie posiłków na kampusie ze studentami z Korei Południowej, Wietnamu, Chin czy Japonii sprawiły, że Azja nagle z dnia na dzień stała się bliższa. Ludzie choć o odmiennej kulturze mieli podobne poglądy do moich. O życiu, postępowaniu, perspektywach, wykształceniu czy rodzinie. Poznani Kolumbijczycy stali się moją drugą rodziną, a sam kraj który jak pewnie większość nieświadomych ludzi łączy z kartelami narkotykowymi i korupcją stał się miejscem, o którego odwiedzeniu marzę do dzisiaj. A bazując na opowieściach znajomych aż tak źle to tam nie jest. I nagle poznany Brazylijczyk, Ekwadorczyk czy Argentyńczyk sprawili, że Ameryka Łacińska nie jest już taka odległa. Dzieli nas tylko 3000 złotych monet na podróż do Bogoty i z powrotem. Afryka stała mi się bliższa dzięki poznanemu Kenijczykowi, który uczył mnie w języku Suahili, że ‚Hakuna Matata’ oznacza ‚Nie ma zmartwień’, a śmiał się jak wypowiadałem ‚Hahuna Matiti’ co oznaczało ponoć nic innego jak ‚Nie ma cycków’. Również Nigeria nie była już tak odległym krajem po tym jak przez ponad rok mieszałem z parą Nigeryjczyków. Świat się skurczył. Jedynym ograniczeniem w jego poznaniu stały się pieniądze, a do czasu założenia rodziny nie przyszło mi do głowy zwiedzanie świata auto czy jachtostopem bez grosza przy duszy.

Zaczynając pisać ten post miałem też drugie postanowienie. Zrobić podsumowanie aktywnych znajomości i wyszczególnić państwa na świecie, do których mógłbym się udać nawet jutro i znaleźć schronienie na kilka dni. Nie tylko dla siebie, ale całej naszej czwórki.

mapa

Niech i kolejnych 10 lat mi zajmie, ale odwiedzę wszystkich 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *