Hiszpania – Ojen (część 2)

Przez całe dwa tygodnie mieliśmy piękną pogodę, generalnie dużo słońca, temperatura wahająca się w przedziale 25-32 stopni, chmur jak na lekarstwo. Tylko od czasu do czasu mocniej zawiało, ale taki już urok nadmorskich miejscowości. Pochmurną, angielską pogodę wczesnym rankiem na Gibraltarze pomijam w statystykach, bo w końcu Gibraltar to nie Hiszpania 🙂

Z ręką na sercu przyznaję, że gdyby nie Mariusz i jego zamiłowanie do zwiedzania okolicy, pewnie nie wyściubilibyśmy nosa z Elvirii przynajmniej w połowie przypadków, dzisiaj zaliczanych przez nas jako wycieczki. Oczywiście, jeszcze przed wylotem do Hiszpanii snuliśmy plany związane z odkrywaniem południowej części kraju. Nawet Kadyks nam chodził po głowie. Rzeczywistość szybko jednak zweryfikowała nasze marzenia i musieliśmy mocno ograniczyć nasze zapędy. Co nie oznacza, że nic nie zobaczyliśmy. Pozwoliliśmy sobie na tyle, na ile umożliwiły nam to dzieci i ich tolerancja do długiej jazdy samochodem.

Wypadu do Malagi nie będę opisywał, bo pojechaliśmy tam tylko w dwóch celach – do IKEI, a korzystając z okazji zobaczyliśmy stadion piłkarski. Bez tego drugiego punktu programu myślę, że nasi przyjaciele czuliby ogromną pustkę w sercu, a tego uczynić im nie mogliśmy. Nie wybaczyłbym sobie tego.

Ważniejszym niż Malaga, oceniając z perspektywy czasu spędzonego w miejscowości oraz ilości zwiedzonych miejsc, było dla nas Ojen. Ta maleńka górska miejscowość położona jest mniej więcej 15km na północ od Marbelli. Jeśli nie przegapimy w Marbelli zjazdu z drogi szybkiego ruchu A7, lub nie wjedziemy z niej na AP7 (autostrada) w stronę Malagi, to później zgubić się już nie można. Podążamy w jednym kierunku – w stronę skupiska białych domków widocznych na zboczu jednej z najwyższych gór w okolicy. Sama miejscowość jest wzniesiona na wysokości 310 m.n.p.m, co przy bliskim sąsiedztwie morza gwarantuje niezapomniane widoki.

Według źródeł, Ojen zostało założone przez Maurów (ludy zamieszkujące obecnie północne Maroko i zachodnią Algierię), którzy systematycznie osiedlali się na tych terenach do początku VIII wieku. Sama nazwa miasta jest pochodną arabskiego słowa „hoxán”, które oznacza coś szorstkiego, gorzkiego, ordynarnego. Zastanawiający jest zatem fakt, dlaczego Maurowie postanowili założyć osadę w miejscu, którego nazwa sugeruje, że nikogo to miejsce specjalnie nie obchodziło i dobrze się nie kojarzyło. Ale może był to dla Maurów jakiś strategiczny punkt obserwacyjny? Ponoć w okresie zimowym, przy bezwietrznej pogodzie, można dostrzec na horyzoncie zarysy marokańskiego wybrzeża. A może bliskość strumienia Almadán była tu decydująca? Cieki wodne zawsze były przekonującym argumentem dla settlersów. Tak czy owak, miasto przetrwało czasy Rekonkwisty, czyli próby wyparcia Maurów z Półwyspu Iberyjskiego przez Chrześcijan. Zgaduję, że dobrze się stało, bo Maurowie pozostawili po sobie masę architektonicznych wspaniałości w Hiszpanii i Portugalii.

Ojen to niewielka miejscowość, zamieszkiwana przez około 3300 ludzi. My spotkaliśmy jakichś dziesięcioro: barmankę, właściciela baru i kilku starszych, nieprzerwanie uśmiechniętych, lekko wstawionych mężczyzn. Pewnie reszta ludności wyjechała za chlebem do Londynu, co może być częściowo prawdą, bo w serwisach ogłoszeniowych jest sporo nieruchomości na sprzedaż w Ojen. Na przykład takie mieszkanie 55m^2 kupimy już za niecałe 100tys Euro.

Z ciekawostek, których niestety nie byliśmy w stanie zweryfikować, bo nie posiadaliśmy jeszcze wtedy tak cennej dla każdego Polaka wiedzy, w mieście znajduje się destylarnia Dominique Mertens Impex. S.L., która produkuje anyżowy likier. Tak zwana aquardiente stanowiła kiedyś podstawowe źródło dochodów tamtejszych mieszkańców. W dzisiejszych czasach likier rozsławiony jest chyba bardziej w Nowym Orleanie, w stanie Louisiana, aniżeli w rodzimej Hiszpanii. Jest tam eksportowany i spożywany głównie podczas święta Mardi Gras.

Ojen przywitało nas kontrastami. Białe domy z intensywnymi kolorowymi zdobieniami. Odnowiona posiadłość z basenem tuż przy walącej się szopie, aczkolwiek architektonicznie spójnej z resztą zabudowań. Strome, betonowe, żłobione  podjazdy prowadzące na kolejny wyższy poziom zabudowań, gdzie nagle odkrywamy nowiusieńki plac zabaw wyłożony gumowym, amortyzującym dywanem. Chłód bijący z wnętrza blaszanych garażów z ciepłem i życzliwością lokalnych mieszkańców, którym nie pozostało nic innego niż uśmiech i szczere pozdrawianie przyjezdnych.

Cytryny rosną ot tak przy drodze, ścieki płyną korytkiem zgodnie z teorią grawitacji – z góry na dół, biegacze nie przejmują się ciągłymi podbiegami i lejącym się żarem z nieba. Tylko psy szczekają tak samo jak w Polsce…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *