Hiszpania – Elviria (część 1)

Trudno uwierzyć, że dokładnie miesiąc temu przeżywaliśmy nasze pierwsze dni na słonecznym wybrzeżu Costa Del Sol. Tak jak zaplanowaliśmy na przełomie roku, naszą destynacją na tegoroczne wakacje miała być Elviria – miejscowość położona o rzut beretem od Marbelli, hiszpańskiej mekki dla turystów o grubym portfelu i najlepiej z tytułem hrabiego lub lorda. Bo nie trudno się oprzeć wrażeniu, że Elviria i okoliczne miejscowości mogłyby śmiało kandydować do miana kolonii brytyjskiej, która została utworzona tylko w jednym celu – aby dostojni Anglicy w podeszłym wieku mieli gdzie grać w golfa, a pogoda im tej przyjemności w żadnym wypadku nie mogła odebrać.

Minęły dwa tygodnie od naszego powrotu, ale ja wciąż czuję pod stopami wilgoć, podlanej chwilę temu trawy, pola golfowego. Tak samo jak zapach olejku z filtrem 50, który przesiąkł każdą część mojej garderoby czy uczucie lepkich palców za każdym razem gdy chwytałem za klamkę wypożyczonego samochodu, którego nie dało się zaparkować nigdzie indziej niż pod rzędem kwitnących drzew, których pyłek kwiatowy opadający na karoserię był niczym rozlany syrop o dużym stężeniu cukru.

Do Malagi dostaliśmy się liniami RyanAir bezpośrednim połączeniem z Wrocławia. Uwzględniając zatem całkowity czas liczony od wyjścia z domu i zakwaterowania się w Elvirii, oddalonej od Malagi o jakieś 50km, było całkiem znośnie. Piszę znośnie, gdyż czasami jest tak, że pół godziny za długo w trasie jest dla małych dzieci bardzo trudne do zniesienia. Jest koszmarem dla nich i dla nas. Tutaj lot trwający niecałe 4h był u granic ich i naszej wytrzymałości, obyło się bez większych płaczów i histerii, więc zapisuję to na plus tej wyprawy. Ogromnie się cieszę, że przed wyjazdem zdecydowaliśmy się na wynajem samochodu, który miał nam służyć przez cały pobyt w Hiszpanii. Gdyby nie on, mielibyśmy jednym słowem przechlapane. Ale o tym za chwilę.

Samochód rezerwowałem przez wyszukiwarkę polecaną przez RyanAir i również przez nich wykupiłem podróżne ubezpieczenie samochodu. Robiłem to bardzo starannie, skupiając się na pojemności bagażnika, ilości drzwi i ogólnym komforcie jakie auto mogło oferować. Oczywiście, gdzieś tam był zapis, że w przypadku braku dostępnego modelu dostaniemy inny samochód. I tak się stało. Zamiast Kia Ceed dostaliśmy Huyndaja i30, a nasi serdeczni przyjaciele – Mariusz i Gosia – Seata Ibizę. Na nasze szczęście auta były niezawodne i nie odczułem jakiegoś większego dyskomfortu ze zmiany modelu, ale sam fakt tego, że nie dostałem tego co chciałem pozostawia jakiś niesmak do firmy. Firma która nas obsługiwała to FireFly. Biuro na lotnisku znajduje się w podziemnym garażu, do którego po pierwsze trudno się dostać, po drugie nie ma wydzielonej bezpiecznej strefy dla oczekujących. Oczekiwanie na obsłużenie trwało dłuższą chwilę, a przy zmęczonych i znudzonych dzieciakach szukających rozrywki w wychodzeniu na barierki oddzielające pas ruchu od poczekalni jest mega słabym rozwiązaniem i zdecydowanym organizacyjnym niedopatrzeniem. Podobno można być obsłużonym szybciej za jakąś specjalną opłatą. Będąc przy opłatach to na miejscu dowiedziałem się, że poza dodatkowym kosztem paliwa trzeba zapłacić prawie 30 Euro tzw. administration fee i od całości rachunku jeszcze 25 Euro Vat. Nagle z taniego wynajmu zrobił się średni koszt. Na szczęście odmówiliśmy dodatkowego ubezpieczenia, które Pani usilnie próbowała nam sprzedać. Przez to, że nastraszyła nas zatrzymaniem depozytu w wysokości do 1200 Euro, przez całe dwa tygodnie sprawdzałem każdego dnia czy nie pojawiła się na aucie jakaś rysa na karoserii. Dla mnie całe to doświadczenie to coś nowego.

Cieszę się, że wynajęliśmy samochód i zabraliśmy bezpłatnie na pokład samolotu foteliki samochodowe. Jako, że szukam zawsze najtańszych opcji na podróżowanie, ale dających poczucie względnego komfortu, postanowiliśmy zabrać swoje foteliki, a nie płacić 120 Euro w wypożyczalni samochodów za ich wynajem. Tym bardziej, że ich transport nie był jakimś większym wyzwaniem. Samochód przydał nam się z kilku ważnych powodów. Po pierwsze mogliśmy podjechać do IKEI w Maladze i kupić krzesełka do karmienia dla dzieci, nocnik oraz zestawy zabawek na plażę.

Po drugie, mogliśmy korzystać z plaży! Ooo tak! Okazało się, że na mapie mamy „tylko” około 2,5km do plaży. Teoretycznie i praktycznie do przejścia w 30minut, ale nie przewidziałem górzystego terenu oraz oddzielającej nas od morza drogi szybkiego ruchu (A7), gdzie przedostanie się na drugą stronę możliwe jest tylko po specjalnych kładkach. Gdybyśmy chcieli chodzić na plażę to średnio zajęłoby nam to minimum 45minut. A z małymi dziećmi, ich drzemkami w trakcie dnia, ograniczoną ekspozycją na słońce między 12:00, a 16:00, zupełnie by nam się to nie opłacało. Jeździliśmy więc samochodem. Szybko i bezboleśnie. Po trzecie – zakupy! Najbliższy sklep jaki mieliśmy był oddalony o 25 minut piechotą, a LIDL, w którym robiliśmy bieżące zakupy jeszcze dalej. Ponownie… nie wyobrażam sobie taszczenia w reklamówkach czy plecaku takiej ilości produktów, jakie średnio przywoziliśmy samochodem podczas zakupów. Wakacje z dzieciakami mają być czasem dla nich, a nie czasem do marnotrawienia na takie czynności jak piesze wędrówki do sklepu. Po czwarte to możliwość zwiedzania – wypad do Marbelli, Ojen, Benalmadeny czy Gibraltaru był tylko kwestią chęci. Wycieczki nie wiązały się z koniecznością zamawiania taksówki czy szukania połączeń kolejowych lub autobusowych. Dlatego też, wróciliśmy z przekonaniem, że wynajem samochodu to coś co mocno podnosi komfort wakacji, daje masę możliwości i na Costa Del Sol jest zdecydowanie rekomendowanym środkiem lokomocji.

Z dodatkowych kwestii organizacyjnych to muszę wspomnieć, że domek wynajęliśmy przez portal casamundo.pl Ich rola jednak skończyła się w momencie dokonania rezerwacji i płatności, bo później kontaktowaliśmy się już tylko z firmą HomeCareOnTheWeb, która była odpowiedzialna za przekazanie kluczy, sprzątanie czy służyła pomocą w nagłych wypadkach. Na szczęście tego ostatniego nie musieliśmy sprawdzać. Z Casamundo skorzystaliśmy, bo mieliśmy bardzo pozytywne doświadczenia z Portugalii z tą firmą. Tam jednak przywitało nas bardzo miłe małżeństwo, które przekazało klucze, pokazało co i jak, przywieźli dodatkowe łóżeczko turystyczne i ogólnie byli bardzo uprzejmi. Klient nasz pan. W Hiszpanii natomiast musieliśmy samodzielnie zadbać o wiele rzeczy. Biuro właściciela obiektu (a raczej firmy, która wynajmuje domek w imieniu zapewne jakiegoś Brytyjczyka, który nie wiedział co zrobić z pieniędzmi i kupił nieruchomość pod Marbellą) było położone mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Malagą, a Elvirią. Dlatego tak ważne było posiadanie własnego środka transportu. W przeciwnym wypadku nie bylibyśmy w stanie odebrać kluczy i dokonać dodatkowych obowiązkowych opłat… A właśnie, wiedziałem, że opłaty jakieś będą, tylko chyba wolałbym aby to wszystko było doliczone do pierwotnej oferty i przedstawione jako all inclusive. Byłoby rzetelniej i pewnie nie miałbym poczucia, że ktoś mi zamydlił oczy. Podczas wizyty w biurze musieliśmy zostawić dodatkowe 260 Euro (media, ręczniki + pościel i sprzątanie końcowe). Oczywiście mogliśmy jeszcze zapłacić za wynajem drugiego łóżeczka turystycznego i dwóch krzesełek do karmienia… to wszystko za jedyne dodatkowe 240 Euro. Ale dzięki uprzejmości RyanAir mieliśmy swoje łóżeczko turystyczne, a w IKEI za krzesełka zapłaciliśmy tylko 35 Euro. Można? Można.

Wszystkie te organizacyjne niedogodności zrekompensował nam domek. Położony był na jednym z najwyższych wzgórzy w Elvirii, skąd rozpościerał się przepiękny widok na morze, góry i malownicze krajobrazy. Nasz „Dom” był częścią szeregówki, w skład której wchodziło chyba szesnaście apartamentów – osiem na dole i osiem na górze. Na całym ogrodzonym i strzeżonym osiedlu takich szeregówek było kilkanaście. Nie trudno było przejechać obojętnie obok osiedla, bo bardzo się wyróżniało w okolicy. Tynk, którym pokryte były budynki przypominał czerwoną glinę, a całość, patrząc na to z dystansu, sprawiała wrażenie właśnie takich glinianych domków wybudowanych w epoce brązu.


Na osiedlu było kilka basenów. Jeden z nich, największy, był pod nadzorem ratownika i tam dość często przebywaliśmy, gdy nie chciało nam się jechać nad morze. Piszę największy, choć de facto nie był duży – kilka leżaków na krzyż, mały brodzik dla dzieci, ludzie wciąż ci sami. Nieduży, ale wystarczający, by czuć się jak stały lokator, a nie wakacyjny przyjezdny, który gubi się w tłumie hotelowych gości.

Nasz apartament składał się z 3 sypialni, dwóch łazienek, toalety, sporego salonu, kuchni i obszernego balkonowego patio. Przestrzeni wystarczająco dużo, by czwórka małych dzieciaków miała gdzie szaleć. Tak się cudownie złożyło, o czym oczywiście wiedzieliśmy już znacznie wcześniej, że nasz pobyt w Hiszpanii zbiegł się w czasie z początkiem mistrzostw EURO 2016.Pech niestety chciał, że na żadnym ogólnodostępnym kanale w naszej hiszpańskiej telewizji nie mogliśmy złapać transmisji z meczów (chociaż może gdyby to była publiczna TV, a nie typowa satelita to mielibyśmy ciut więcej szczęścia). Polak jednak potrafi i już drugiego lub trzeciego dnia nawiązaliśmy kontakt z sąsiadem zza ściany. Alan – Anglik z Londynu, który wraz z żoną i (już) trójką córek na stałe osiadł w styczniu tego roku w Elvirii, udostępnił nam swoje WI-FI i podrzucił linki z transmisjami do meczy puszczanych na BBC i ESPN. Mistrzostwa mieliśmy więc na patio, a tak wiernych kibiców jak nasze pociechy, ze świecą musielibyśmy szukać w okolicznych pubach.

Może gdyby nasze wakacje trwały o dwa tygodnie dłużej to i  Polska weszłaby do finałów ME? Czuję, że to dzięki nam przebywającym w Hiszpanii, wyszliśmy z grupy. Ale z drugiej strony musiałbym zrelacjonować cztery tygodnie, a jeszcze porządnie nie opisałem pierwszych dwóch 🙂

To be continued…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *