Wrocław – Śródmieście

W dzielnicy Śródmieście mieliśmy okazję zawitać już trzy razy, odkąd jesteśmy we Wrocławiu. Za pierwszym razem pojechaliśmy do wrocławskiego zoo, głównie po to by odwiedzić afrykarium, które ostatnimi czasy robi ogromną furorę. Za drugim razem wybraliśmy się na targ staroci pod Halą Stulecia, a dzisiaj byliśmy w Parku Szczytnickim po raz trzeci, aby wziąć udział w FoodTruck festiwalu i zobaczyć nowo  otwarty bulwar Politechniki Wrocławskiej. Ale od początku…

Afrykarium

Do Afrykarium pojechaliśmy, żeby przekonać się czy rzeczywiście robi takie wrażenie jak pieśń niesie. Temperatura wewnątrz skutecznie pozwoliła nam zapomnieć o ziąbie, który panował tego dnia na dworze. Stefci zaś przypomniał się pobyt w Tropical Islands pod Berlinem. Kilka razy musiałem jej tłumaczyć, że w Afrykarium mogą kąpać się tylko hipopotamy, foki, pingwiny i ryby. Kąpiele dzieci są natomiast surowo wzbronione, chyba że są to dzieci wyżej wspomnianych zwierząt. Największą furorę zrobiły ryby – głównie na Ignasiu, który co rusz przyklejał się nosem do szyby i wykrzykiwał coś w swoim języku.

I to chyba ryby tak naprawdę robią największe wrażenie, a raczej sposób w jaki można podglądać ich życie. Wygląda to tak, że obserwacje toczy się mniej więcej z poziomu dna, a jest też jedno przejście tunelem, który jest czymś na kształt szklanej tuby zewsząd otoczoną wodą. Wrażenie jakie odnosi się przy przejściu przez tubę jest niezapomniane. Widać ogromne płaszczki, gigantycznego żółwia, rekiny i całą masę kolorowych rybek, które przepływają nam nad głowami. Są też ryby i ssaki, które na moje oko zamieszkują oceaniczne i morskie czeluści, bo wyglądają mocno niepokojąco (jest ryba o kształcie głowy przypominającą ludzką głowę!).

Afrykarium jest zorganizowane tak, by zwiedzający mieli poczucie, że faktycznie znajdują się na Czarnym Lądzie. Pomijając afrykańską temperaturę, doświadczyć można sporego rozmiaru wodospadu, wybiegu pingwinów, legowiska hipopotamów, które ponoć są najbardziej niebezpiecznymi zwierzętami w Afryce – jeżeli chodzi o powodowanie śmierci wśród ludzi. Wiem, że miejsce to robi wrażenie na najmłodszych, bo za każdym razem gdy przejeżdżamy przez most Grunwaldki Stefcia mówi, że ona chce do Afrykarium oglądać ryby. Choć cenowo nie wygląda to różowo, to jednak polecam – najlepiej jednak zarezerwować sobie cały dzień, by od razu zwiedzić całe zoo. Na plus na pewno zaliczać fakt, iż dzieci do lat 4 nie płaca za wstęp.

Park Szczytnicki / Hala Stulecia

Wejście do samej Hali Stulecia zostawiamy sobie na bliżej nieokreśloną przyszłość. Podejrzewam, że zrobimy to przy okazji jakichś interesujących nas targów, które co chwilę mają tam miejsce. W większości przypadków gdy coś dzieje się wewnątrz hali, na zewnątrz odbywa się alternatywna impreza. Ma to sens. Gdy byliśmy w Parku Szczytnickim ostatnim razem na kiermaszu staroci, to usłyszeliśmy, że stoisk jak i ludzi jest mniej więcej połowę mniej, aniżeli w dniach gdy w hali coś się odbywa. Tego dnia nie było żadnej towarzyszącej imprezy w przeciwieństwie do dnia dzisiejszego, gdy FoodTruck Festiwalowi pn. „Mood4Food” towarzyszyło widowisko „Esport Now 2016”.


Mood4Food polecam miłośnikom wszelkiej maści burgerów i frytek. Nie skłamię pisząc, że co drugi foodtruck miał w swoim menu hamburgera ze 100% wołowiny. Oczywiście pewnie każdy inaczej smakuje, bo o tym decyduje poziom wysmażenia mięsa oraz dodatki. Były też foodtrucki oferujące makarony, zupy, świeże soki, lody i inne potrawy, których nazw sobie teraz nie przypomnę, bo w sumie to z wieloma miałem styczność po raz pierwszy. My zdecydowaliśmy się na niebanalne wege hamburgery (ja z serem halloumi, a Ania w wegańskiej wersji z Tempeh`em). Dzieciaki poszły początkowo w zdrowe soki z owoców, a skończyły na mniej zdrowych gofrach i belgijskich ziemniaczanych talarkach. Wypady na miasto mają to do siebie, że realizujemy swoje zachcianki nie myśląc zbytnio o długoterminowych konsekwencjach naszych wyborów 🙂


Gdy brzuchy pełne to i nastroje lepsze. Przeszliśmy Halę Stulecia dookoła zatrzymując się chwilę przy fontannie, która multimedialna jest tylko wieczorami. Szkoda, bo widowisko świetlno-muzyczne jest podobno imponujące, ale pokazy są tylko wieczorami, późnymi wieczorami. Myślę, że dzieciakom przypadłby do gustu. Z drugiej strony rozumiem, bo wiem, że to wszystko jest ładne wyłącznie dlatego, że rozświetla niebo nocą. To kolejna rzecz, którą doświadczymy całą rodziną dopiero za jakiś czas – gdy dzieci nie będę chodziły spać zaraz po wieczorynce 🙂



Spod hali udaliśmy się na wybrzeże Stanisława Wyspiańskiego, gdzie wczoraj dokonano uroczystego otwarcia wyremontowanego bulwaru Politechniki Wrocławskiej. W sumie nie chodziło nam o sam bulwar, a kolejkę linową, która łączy Groblę z uczelnianym kampusem. Dwie minuty w zawieszeniu nad Odrą to dwie minuty możliwości podziwiania Wrocławia z lotu ptaka, przepływających statków, a przede wszystkim ekscytacji dzieci. Stefka sama z siebie z uśmiechem na ustach, siedząc w kolejkowej gondoli mówiła  „Ale fajna jest ta podróż”. Bo była fajna, a najlepsze jest to, że kolejka jest niecałe 10minut samochodem lub tramwajem od naszego domu.




Oczywiście, gdy tylko skończyliśmy naszą kolejkową przejażdżkę musieliśmy zobaczyć bulwar, który widzieliśmy z góry. Boiska do gry w piłkę plażową, sporej wielkości plaża, drewniane pomosty, zielone i zadbane trawniki… wszystko to niedaleko od centrum miasta. Wrocław zdecydowanie zasługuje na miano Europejskiej Stolicy Kultury.


Dzisiejszego dnia, który był dość intensywny, ale jakże szczęśliwy, po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że Wrocław był idealnym wyborem na rozpoczęcie kolejnego etapu naszego wspólnego, rodzinnego życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *