Wrocław – Park Wschodni

Życie we Wrocławiu staramy się przeżywać bardzo intensywnie. Jesteśmy tu dopiero od 3 tygodni, a mam poczucie, że widzieliśmy już tak wiele, choć jeszcze więcej zostało do zobaczenia. Mieszkamy z widokiem na Park Wschodni i miejsce to stało się pierwszym, naturalnym pretendentem do odwiedzin. Przyznaję jednak, że nie zobaczyłem go jeszcze całego, bo pętla wiodąca dookoła parku ma około 3km i z dreptającymi dzieciakami na razie doszliśmy mniej więcej do jednej trzeciej  długości.

Park Wschodni

Do parku teoretycznie możemy wejść na dziko od strony bloku, w którym mieszkamy. Wystarczy przeskoczyć po kamykach odnogę rzeki Dolna Oława i jesteśmy na jeden ze ścieżek dla biegaczy. Niestety przeprawa jest na wysokości jakiegoś zakładu, pilnie strzeżonego przez wartownika, któremu chyba z niewiadomych powodów wyjątkowo nie podoba się to, że ludzie korzystają z tego rozwiązania. I pomimo krótkiego okresu pomieszkiwania we Wrocławiu zdążyliśmy już doświadczyć likwidacji nielegalnej przeprawy przez owego wartownika lub jakieś służby porządkowe. Ponoć to niekończąca się opowieść. Tak czy owak do głównego i jedynego wejścia do parku nie mamy daleko, więc póki kamienie znów w cudowny sposób się nie pojawią, będziemy jak normalni ludzie korzystać z głównego wejścia.

Park jest wyspą. Opływa go rzeka Dolna Oława, która w różnych miejscach jest raz czystsza, innym razem bardziej brudna. Jeżeli jednak przeszło mi przez głowę żeby się w niej wykąpać, to nie może być najgorzej. Hmm… pozostaje jeszcze możliwość, że to ze mną może nie jest najlepiej skoro takie pomysły kiełkują w głowie mej.

Staram się znaleźć określenia, którego najlepiej opisałyby to miejsce. Soczysty, monstrualny, bajkowy. Soczysty, bo wszystko jest intensywnie zielone. Nie jakaś zdechła zieleń, ta zieleń to prawdziwa zieleń. Tutisturum tu tu. Monstrualny, bo każda z roślin, każde drzewo jest o pięć razy większe niż przeciętne danego rodzaju. Pewnie dlatego, że ziemia jest stale nawodniona i naturalnie nawożona mułem. Mlecze są gigantyczne, pokrzywy są po pas, każdy kłos trawy wygląda tak jakby z dziesięć królików mogło się nim najeść. Nie żartuję. Rosną nawet paprocie, które jak zobaczyłem je po raz pierwszy to wykrzyknąłem, że to wszystko sprawia wrażenie jakbyśmy cofnęli się do ery dinozaurów, a patrzymy na skrzypy i widłaki, a nie zwyczajne paprocie. Bajkowy, bo gdy trafi się w okres dmuchawców i kwitnienia wierzby płaczącej, to unoszące się w górze „spadochroniarze” imitują srebrny deszcz, którego krople w zwolnionym tempie opadają na ziemię. Pod jedną taką wierzbę weszliśmy i nie chcieliśmy wychodzić. Cudownie było stąpać po białym puchu, gdy jeszcze więcej spadało na twarz, włosy i ramiona.


Park jest przecięty w środku przez mniejszą rzeczkę, nad którą przewieszone są drewniane mosty. To właśnie ta rzeczka wydaje się klarownie czysta. I musi taka być, bo widziałem w niej sporej wielkości klenie pływające w nurcie rzeki. Super miejscówka na naukę wędkowania. Myślę, że jeszcze w tym roku wybierzemy się tam na rodzinny piknik. Stefci kupimy jej „różową” wędkę i pójdziemy na lekcje wędkowania, które w mojej rodzinie przekazywane są z pokolenia na pokolenie już od najmłodszych lat.

Podobno jest też plac zabaw i od kilku dni drewniane instalacje, których przeznaczenia nie znam, ale dla mnie to ogromne, drewniane klosze, w których ludzie mogą się schować na wypadek deszczu. Ja bym tak je wykorzystał gdyby złapała mnie burza podczas spaceru.


A poza tym park jest rajem dla biegaczy. Co chwilę widać i słychać kogoś zdyszanego. Wcale się nie dziwię. Gdybym znów zaczął biegać pewnie sam bym tam trenował. Na razie kibicuję innym 🙂

Tymczasem temat uznaję za otwarty i jak tylko będziemy w parku ponownie, a pewnie będzie to już wkrótce, to wrzucę więcej, bardziej profesjonalnych zdjęć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *