Bieżące wydarzenia 10

Jestem z powrotem. Trochę mi zajęło ogarnięcie się ze wszystkimi rzeczami, które miały miejsce w naszym życiu w ostatnim czasie. Coś czuję, że posty będą się pojawiały rzadziej niż dotychczas. Z kilku powodów. Po A) to mamy lato i każdą wolną chwilę po pracy spędzamy na dworze. A gdy już mamy chwilę wieczoru dla siebie to nawet nie odpalam kompa, bo jestem już tak zrypany, że mi się zwyczajnie nie chce gapić w ekran. Po B) to trochę też A) – mam mniej czasu. Ale zrobię wszystko, żeby kontynuować naszą rodzinną kronikę (Mariusz! Musisz w dalszym ciągu mnie motywować do pisania! ;))

Przez miesiąc trochę się nazbierało tych wydarzeń, więc chronologicznie…

  1. Pakowanie w Bełchatowie, zaczęliśmy mniej więcej na dwa tygodnie przed przeprowadzką. I Bogu dzięki! Inaczej w dniu wyjazdu zacząłbym pakować się w pudełka po butach, bo jak się w międzyczasie okazywało ciągle musiałem robić wypady do supermarketu po kartony. Nie sądziłem, że mamy aż tyle gratów. I zgromadziliśmy je w zaledwie trzy lata. Mieszkanie przekazaliśmy przyszłym właścicielom 30 kwietnia, czyli standardowo z naszej strony obdarzyliśmy nieznajomych ponadprzeciętnym zaufaniem, bo do sprzedaży doszło dopiero 7 maja. Ale dobrze im z oczu „paczało”. Trochę zawirowań jednak mieliśmy, bo w połowie drogi z Bełchatowa do Wrocławia okazało się, że lokatorzy z mieszkania wyprowadzą się dopiero 1 maja. Szczęśliwie zgodzili się przyjąć nasz dobytek, który był już w drodze i w sumie dojechał pół godziny po tym jak otrzymałem niespodziewanego newsa. Takie niedogadanie. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Pojechaliśmy do Opola i przenocowaliśmy u rodziny. Wspólnie z Aneczką zdecydowaliśmy, że następnego dnia ona zostanie z maluchami, a ja wraz z moimi rodzicami (najlepszą ekipą od przeprowadzek)  pojedziemy do Wrocławia i przygotujemy mieszkanie na przyjazd dzieciaków. Dwa tygodnie pakowania… 6 godzin rozpakowywania. To się nie może równać, a jednak… Sprawiliśmy, że nasze nowe cztery kąty były gotowe do zamieszkania już 1 maja! Dziś pisząc tego posta powiedziałem do Ani „Tutaj jest nasz dom. Już nawet nie pamiętam, że czułem to samo w Bełchatowie”.
  2. Tak, mamy fajne mieszkanie. Stefcia ma swój pokoik, Ignaś również, my mamy sypialnię z garderobą, a wszyscy gromadzimy się i tak w wielkim salonie, gdzie toczy się życie. Tutaj jemy przy okrągłym białym stole, który stoi na wykuszu z oknem, tutaj czytamy książki leżąc na ogromnym narożniku, bawimy się i oglądamy wieczorynki. Jest kilka rzeczy, które są inne… niekoniecznie lepsze, ale powoli się przyzwyczajamy. Zamiast indukcji mamy zwykłą kuchenkę elektryczną (tą z tymi czerwonymi polami co tak wolno się nagrzewa i żre prądu tyle, że wystarczyłoby na oświetlenie super energooszczędnego budynku, w którym pracuję). Dostaliśmy też w spadku telewizor, więc zamiast wiercić w suficie i montować projektor korzystamy z tego diabelskiego pożeracza czasu. Na szczęście nie zdarzyło nam się oglądać niczego poza TVP ABC o 19.00 gdzie ostatnio lecą Smurfy i ukochany przez Stefcię Strażak Sam. Musieliśmy sprawić sobie suszarkę i kupiliśmy najtańszą jaką znaleźliśmy, a teraz mamy wrażenie, że Candy jest jak plastikowa zabawka i tęsknimy za naszym Siemensem. Choć te rzeczy z pozoru są dla nas istotne, bo ułatwiają mocno życie lub wprowadzają pewien porządek, to nie wróciłbym do Bełchatowa. Tutaj jest nasz dom, przynajmniej na jakiś czas, bo to wciąż wynajmowane.
  3. Dzieciaczki zaaklimatyzowały się bardzo szybko. W ogóle po nich nie widać, że odczuły przeprowadzkę. Pod balkonem mają plac zabaw, który jest na ogrodzonym terenie, więc jest wystarczający bezpieczny, by kiedyś dzieciaki same wypuścić na dwór i doglądać je z okna. A na wołanie „Mama, pić!” rzucić im z balkonu oranżadę w proszku… czerstwe jak nic.
  4. Zgodnie z obietnicą, którą złożyliśmy jeszcze w Bełchatowie, Stefcia dostała nowy rower. Kupiliśmy go w Decathlonie za parę stówek, bo okazało się, że jak tylko na niego wsiadła i ruszyła to nie chciała innego. Zdumiewające było to, że zaczęła pedałować bez niczyjej pomocy, tak jakby urodziła się z pedałami przyklejonymi do stóp. Dokupiliśmy jej kask i… tylko nowy rower dla mnie z siedzonkiem dla Stefki 🙂 Wiosenne szaleństwo. Od tego czasu codziennie do pracy śmigam moim BTWINem. 6km w jedną stron. Niby nie dużo, ale dla mnie  dobry poranny i popołudniowy trening. It keeps me fit as Grandpa Pig says. Poza tym rower to ogromna oszczędność czasu. Wyjeżdżam do pracy o 6.30, a w domu jestem już o 15.50. Jak jeździłem przez pierwsze dni tramwajem, to musiałem wychodzić z domu o 6.10, a wracałem o 16.15 lub później. A zdarzyło się nawet, że sterczałem na przystanku ponad godzinę, bo bimba chyba z Poznania jechała..

  5. Codziennie staramy się wychodzić na jakiś spacer. Raz bliżej, raz dalej od domu. Już samą atrakcją dla dzieciaków jest jazda tramwajem. Dlatego wypuszczamy się w różne miejsca i dużo chodzimy. Mam wrażenie, że lata nam miną zanim poznamy Wrocław tak jakbyśmy chcieli. Ale w sumie to nigdzie się już nam nie spieszy 🙂

IMAG0338
IMAG0348
IMAG0279
IMAG0291
IMAG0327

IMAG0328
IMAG0334

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *