Wiosenne przemyślenia

To już zdecydowanie wiosna. Kalendarzowa zaczęła się wprawdzie ponad dwa tygodnie temu, ale pierwsze dni były zimne i pochmurne. Ostatnie dni natomiast są wyjątkowo ciepłe i słoneczne jak na początek kwietnia. Na tyle ciepłe, że spędzamy długie godziny na placu zabaw w krótkich rękawkach i uwagaaaaaa – BEZ czapeczek. Temat czapeczek jest tematem drażliwym. Nie ma znaczenia tutaj wiek osoby, choć z tendencją w stronę babć, ciągle słyszymy od nieznajomych przechodniów (nieistotne, że na dworze +25 stopni): „A tobie synku nie będzie zimno w uszka tak bez czapeczki?”; „To takie nowoczesne wychowanie ubierać tak cienko”; „Przeziębisz się”. Nie przeczę, że część przytakuje i mówi, że to dobra metoda hartować dzieci. Oczywiście daleko nam od tego by puszczać dzieci bez butów prosto na śnieg. Nie morsujemy dzieci. Jesteśmy jednak zdania, że dzieci powinny być ubrane w taki sam sposób jak my. Jeżeli któreś z nas odczuwa dyskomfort z powodu zimna lub upału, to dlaczego dziecko miałoby się czuć inaczej? Jeżeli Stefcia biega jak szalona po placu zabaw i ma na sobie koszulkę oraz polar, a ja zdejmuje bluzę, bo stwierdzam że jest mi ciepło (a stoję w miejscu!) to czy nie powinienem zdjąć bluzy polarowej z dziecka? Dla mnie jest to oczywiste, że powinienem, więc zdejmuję.

Tutaj jeszcze deszczowa końcówka marca
Tutaj jeszcze deszczowa końcówka marca

Ania przytoczyła mi taką sytuację z porannego spaceru sprzed kilku dni. Jest na placu zabaw z naszymi latoroślami, na które przychodzi grupa przedszkolaków z dwoma opiekunkami. Większość dzieci, o ile nie wszystkie, mają grube zimowe kurtki i czapeczki, a Stefka z Ignasiem w bluzach i bez czapek. Było naprawdę ciepło tego dnia. I jak znaleźć dobre rozwiązanie w tej sytuacji? Trapi mnie to, bo niedługo sami poślemy Stefkę do przedszkola, a Ignasia do żłobka. Pewnie rodzice posyłając dzieci do przedszkoli nie zakładali, że będzie tak ciepło, a mamy dopiero początek wiosny. Jakieś usprawiedliwienie. Ale czy nie powinni rodzice w takim wypadku przygotować na wieszaku w przedszkolu dwóch kompletów ubrań? Ja bym tak zrobił. Przecież jest większe prawdopodobieństwo tego, że przy takich temperaturach dziecko ubrane w puchową kurtkę i czapkę szybciej się rozchoruje, aniżeli ubrane stosownie do pogody. Staram się zrozumieć też punkt widzenia przedszkolanek – ubierają dzieci w to co mają i nie chcą ryzykować rozbierania dzieciaków, bo nie daj Boże, któreś wiatr przewieje. A dzieciaków jest wiele, przedszkolanek tylko dwie. Jak zapanować nad całością? Pewnie po harcersku, metodą dobrej musztry: „Baczność! Równaj w szeregu! Do trzech odlicz i na trzy kurtkę i czapkę zdejmujemy”. A po skończonej zabawie ubieramy się. Nie dość, że uczy to dziecko samodzielności w ubieraniu to jeszcze sprawiamy, że jest większy komfort zabawy, a i ryzyko zachorowania mniejsze. Bo czy nie jest bardziej ryzykowne wracać do przedszkola z przepoconym podkoszulkiem pod kurtką i mokrymi włosami pod czapką? Dylematy. Mam nadzieję, że trafimy na do placówki, gdzie będzie trochę zdrowego rozsądku, albo przynajmniej poszanowanie próśb rodziców. Dla mnie nie ma znaczenia czy prosimy o dietę bezglutenową czy o nieprzegrzewanie dziecka. Konsekwencją stosowania się do jednego i drugiego jest zdrowe lub chore dziecko.

Abstrahując już od kwestii tego co lepsze lub gorsze, zaliczyliśmy nasze pierwsze lody na dworze. Niedaleko naszego bloku jest szkoła, przy której stoi budka kontenerowa, w której można kupić gofry, frytki, zapiekanki i lody. W szkole nie można, ale przy szkole już tak – tym bardziej, że nie ja jej terenie. Zawsze znajdzie się mądry, który obejdzie przepisy prawa i dostarczy dzieciakom dawki cukru, którego nie mogą dostać w szkolnych sklepikach.

Mamy mniej lub bardziej żelazną zasadę w domu – słodycze tylko w soboty. Ignaś w ogóle nie dostaje słodyczy (za wyjątkiem liźnięć lodów), a Stefania dostaje je co do zasady tylko w soboty lub święta (dni świąteczne sami ustalamy). Uczy ją to cierpliwości i poszanowania naszych ustaleń. Potrafi podczas np. poniedziałkowych zakupów poprosić o jajko niespodziankę, ale wie, że może je dopiero zjeść w sobotę. I jajko leży sobie do soboty. Wracamy do domu, a Stefcia każdego kolejnego dnia pyta „Co mamy dzisiaj? Mamy już koniec tygodnia?” „A co jest po środzie? A co po czwartku? A co po piątku? Sobota?”. A jak w końcu przychodzi sobota to jest „Hurrraaaaa. Dzisiaj można jeść słodycze!”. I dostaje lizaka, cukierka, jajko niespodziankę czy jakąś czekoladkę lub lody. Dawkujemy jej to rozsądnie tego dnia i tylko po posiłkach (z pominięciem wieczorów, gdy słodyczy już nie dostaje).

I tak wyjątkowo w tym tygodniu Stefania dostała lody w środku tygodnia. Na lody czasami przymykamy oko, szczególnie te sorbetowe, bo każdy regulamin powinien być dla ludzi, a tak długo jak nie zagraża to naszej generalnej zasadzie to nie mam specjalnych obaw, że lód od święta zburzy naszą harmonię. We wtorek było super ciepło, a nie byłem pewien czy w sobotę będzie nam dana taka pogoda i możliwość zjedzenia lodów pod chmurką. Takie moje usprawiedliwienie. Ignaś też się załapał na wafelka i parę liźnięć. A po lodach – na plac zabaw.

Ostatnio chodzimy na ten duży plac zabaw (niebieski), dla dużych dzieci. Stefcia nie chce chodzić na inny, bo tam wszystko jej się już znudziło. Tutaj ma ogromne zjeżdżalnie (mniej więcej początek na wysokości 3m), coś na wzór parku linowego, gdzie liny łączą różne instalacje i można śmiało po nich przechodzić (często wysoko, ponad zasięgiem moich rąk, więc wtedy zostaje mi tylko asekuracja na dole i ewentualne amortyzowanie upadku – choć póki co nieprzetestowane). Nie są to łatwe rzeczy. Nie dla dwu, trzyletniego dziecka. Nie widziałem na tym placu dzieci w wieku Stefci. Są raczej dzieci 7+, które widząc zwinną małpkę – Stefcię, często obdarzają ją troską i zwalniają swoje szaleńcze zabawy, by dać jej ukończyć „swoją pracę”. Mówią do siebie „Uważaj na dziewczynkę!” „Ale ona jest zwinna. Ja pierwszy raz weszłam na te liny jak miała osiem lat!”. Ostatnio byłem świadkiem dwóch sytuacji na placu, które sprawiły, że poczułem się ze Stefci bardzo dumny.

Pierwsza z nich to gdy Stefcia schodzi z wysokiego podestu na siatkę utkaną z grubych lin i zatrzymuje ją dziewczynka, na oko 3-4 klasa podstawówki (taki naturalny lider grupy, który organizuje zabawę dla innych dzieciaków i ustala zasady gry) i pyta: „Jak masz dziewczynko na imię?”. A moja córeczka na to „Nazywam się Stefania”. Od tamtej chwili już było „Uważać na Stefanię!”. Ona sama dumna do mnie przybiegła i powiedziała „Sama powiedziałam dziewczynce, że nazywam się Stefania. Sama!”. To był dla niej przełom. Do tej pory trochę się wstydziła, lub mówiła „Stefcia” dość nieśmiało i niezrozumiale. Teraz mówi „Stefania”!

Druga sytuacja to gdy zobaczyła, że dzieci siedzą w okręgu i coś budują w piasku. Dzieciaków było może z 5-6. Przysypywali piłkę do gry. Stefcia podchodzi do mnie i pyta „Tatusiu, mogę iść do dzieci się pobawić?”. Odpowiedziałem, że pewnie. Ona „Chodź ze mną”. Podszedłem bliżej i obserwuję. Stefcia zgarnęła z wózka wiaderko, foremki, dwie łopatki i grabki i pobiegła do dzieci. Położyła wszystkie zabawki obok siebie i zaczęła każdą kolejną wręczać każdemu z dzieci. Ujęła mnie tym gestem. Widziała, że nikt nie ma swoich zabawek i postanowiła się podzielić z własnej inicjatywy.

A Ignaś tymczasem kopie łopatką i przerzuca piach z piaskownicy do wiaderka, zbiera kamyczki i wrzuca do kosza na śmieci, zawsze poświęcając dłuższą chwilę na analizowanie co w śmietniku się znajduje. Najbardziej jednak ze wszystkiego upodobał sobie kapsle po piwie i pety papierosów. Więc ja mu ciągle powtarzam „Ignasiu, piwo tak, papierosy nie!”. Uwielbia też piłki. Ale nie jakieś tam ich miniaturowe imitacje. On chce tylko taką dużą, do piłki nożnej. Obiecałem mu, że taką dostanie.

Kocham moje dziabągi. Cieszę się, że wiosna już na dobre zagościła na naszym podwórku. Człowiek jako inaczej stara się patrzeć na świat, nawet gdy ma się poczucie rozstrojenia związanego z wiosennym przesileniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *