Strażak Sam

Nigdy nie przypuszczałem, że moja niespełna trzyletnia córka będzie przeżywała swoje pierwsze zauroczenia tak szybko. Kilka miesięcy temu ni stąd, ni zowąd Stefcia zaczęła się dziwnie, kokieteryjnie uśmiechać i faktycznie zawstydzać na wspomnienie imienia Kristoff. Kristoff był pierwszym, który dostąpił tytułu przyjaciela. Kristoff to bardzo pozytywna i bohaterska postać z bajki „Kraina Lodu”. Nie bez znaczenia pozostaje tutaj słowo bohaterska, bo Stefcia lubi odróżniać złe i dobre charaktery w bajeczkach czy opowiadaniach. Kristoff jest dobry, a Hans zły – choć ja osobiście uważam, że kierował się dobrymi intencjami, ale został umiejętnie zmanipulowany. Tak przynajmniej tłumaczę to Stefanii, bo mam mocne przekonanie, że ważna jest wiara w to, że nikt nie rodzi się złym, a jedynie świat, otoczenie i własne decyzje sprawiają, że człowiek postępuje niewłaściwie. Z Krainą Lodu było tak, że rosnące uczucie sympatii do Kristoffa było złożonym procesem. Będąc niesionym nieświadomą falą popularności bohaterów Krainy Lodu, najpierw kupiliśmy Stefcii torebkę na pasku z Elsą i Anną. Później były elementy garderoby z księżniczkami, bałwankiem Olafem, Kristoffem i innymi. Były też oczywiście książeczki i pełnometrażowa bajka, która udało nam się obejrzeć na raty kilka razy.

Jednak prawdziwa przyjaźń rozkwitła dopiero w momencie, kiedy Ania czytając Stefci jeden ze spin-off`ów Krainy Lodu zaczęła podkładać głos Kristoffa, który był niski, uwodzicielski i pewny siebie. Kristoff zaczął zadawać pytania, czekał na opinie Stefcii i strzegł jej cały czas, bo był zawsze obok – na okładce książki. Wydaje mi się, że w momencie jak zdecydowaliśmy eksmitować Stefcię z naszego łóżka (bo był czas, że budziła się w nocy i przychodziła do nas spać), to potrzebowała jakiegoś substytutu. Czegoś co sprawi, że noce staną się mniej mroczne i straszne. Gdy kładliśmy ją spać wystarczyło wetknąć książkę pomiędzy barierkę łóżka a materac, tak aby Kristoff na nią spoglądał w nocy, a ona wiedziała, że jest bezpieczna. To i kilka innych elementów sprawiły, że wyeliminowaliśmy problem nocnych pobudek oraz jej wgramalania się do naszego łóżka. Dwa dni temu z sentymentem powiedziałem Ani, że trochę mi tego brakuje…

Jednak zauroczenie Kristoffem dojrzało i stopniało wraz z ostatnim śniegiem minionej zimy. Tuż przed ułożeniem harmonogramu wieczornych rytuałów i ustaleniem programu bajeczek wieczorynki były z grubsza na chybił trafił. Staraliśmy się włączać sprawdzone wieczorynki, które sami znaliśmy i byliśmy pewni, że są wolne od przemocy. Pewnego razu włączyłem jej 10-minutowy odcinek Strażaka Sama. Jakąś odświeżoną wersję, bo ja zapamiętałem ją ciut inaczej. Wydawało mi się, że obejrzała bajeczkę bez entuzjazmu.

Po kilku dniach, wieczorem, Stefcia mówi, że ona chce bajeczkę z tym „śmiesznym” bohaterem. Nie była w stanie precyzyjnie określić o co chodzi, więc zaczęliśmy włączać po kolei różne bajki, które do tej pory oglądała. Dopiero następnego dnia, po ponowieniu swojej prośby, włączyłem raz jeszcze bez przekonania „Strażaka Sama” i zobaczyłem ten jej zawstydzony uśmiech i radość na buzi!  Czyli jednak to! Od tamtej pory w domu najlepszym przyjacielem jest „Strażak Sam”, bez którego nigdzie się nie ruszamy. I na szczęście, nie mam na myśli, że wszędzie zabieramy ze sobą tablet z YouTube i dostępem do internetu. Tak się fantastycznie złożyło, że Ignaś na swoje pierwsze urodziny dostał drewniany zestaw kolejki. Były tam lokomotywy, wagony, tory, estakady, przejazdy, drzewa, peron, samochody służb ratunkowych, policji i postacie. Wśród postaci był strażak. Strażak Sam stał się od tej chwili najlepszym przyjacielem Stefci, nieodłącznym towarzyszem każdego spaceru, wyjazdu do dziadków. Wygryzł z łóżka Kristoffa. Nasza córeczka zasypiając, ściska go w dłoni niczym talizman. Stefcia chodzi z nim po domu i mówi „Patrz przyjacielu, patrz!”, po czym z entuzjazmem pokazuje mu obrazki w książeczkach, gotujący się obiad, konstrukcje które udało jej się zrobić z klocków i wszystko co jej przyjdzie do głowy. Mam jednak dziwne odczucie, że przyjaźń dochodzi do swojego kulminacyjnego momentu. Chcę się mylić, bo SAM się zżyłem z Samem, stał się jednym z członków naszej rodziny 😉

Ostatnio poza 10-minutowym odcinkiem kończącym w zasadzie każdą wieczorynkę (ustaliliśmy, że 20 minut ustalonego z góry programu + 10 minut Sama), opowiadam Stefci o burzy, która rozpętała się nad Pontypandy i Strażak Sam musiał uratować szkolną wycieczkę z opuszczonej kopalni złota. A wczoraj wymyśliliśmy ze Stefcią piosenkę w rytm czołówki wieczorynki:

Ulicami Stefcia szła,
Dla każdego uśmiech ma,
Policzy Ci! raz, dwa, trzy!
Napisze Ci! Ese-me-SA!
Zaśpiewa Ci! La, la, LA!

A tymczasem zobaczymy co przyniesie nam przyszłość. Na razie wszystko wskazuje jednak na to, że jedynym mężczyzną, którego Stefcia darzy stałym i niesłabnącym uczuciem jest jej Tata! Czyli JA! I tak ma już zostać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *